Kategorie: Wszystkie | Cóż rzec | Mianownik | RE: | SIC!
RSS
sobota, 29 września 2007
Brzydzisz się? Głosuj w rękawiczkach!
Pan Andrzej napisał w e-mailu: „Kupiłem rękawiczki z ekologicznej skóry. 21 X je użyję”. Tak jest! Zachęćmy innych. Bartek przysłał pytanie: „No dobrze, Michale, ale na kogo głosujesz?” Zacisnę zęby i zagłosuję na… poczekam jeszcze z tą deklaracją; zastanawiam się, ważę decyzję. Ale wiem, na kogo głosować nie chcę. I dlaczego.

Przedwczoraj napisałem list, najistotniejsze zeń opublikowała dzisiaj Gazeta Wyborcza, to miłe. Celnie wyłuskali w tytule to, co w podejmowanej inicjatywie jest najistotniejsze: „Brzydzisz się? Głosuj w rękawiczkach!” Dla wszystkich, którzy chcieliby z tym prostym przekazem dotrzeć do innych – w swoich blogach, na stronach internetowych, wszelakich forach wymiany opinii – udostępniam logo w dwóch wersjach. Może ktoś ma pomysł na lepsze – efektowniejsze, bardziej komunikatywne?


Pobierz logo - duże rozmiary:
w formacie *.jpg, lub w formacie *.png


Raz jeszcze, w skrócie: W 2002 roku Francuzi obronili się mądrze przed dotkliwą wygraną nacjonalistycznej frustracji z Le Penem na czele – zaciskając zęby i z obrzydzeniem głosując na Chiraca… w rękawiczkach. I my nie zmarnujmy teraz okazji do tego, by nie siedzieć cicho… Zwracam się do wszystkich, którzy znają słabości tych z lewa i tych z prawa, odczuli błędy III RP, ale są też na tyle świadomi, by złorzeczyć na rzeczywistość IV RP. Weźmy grube rękawiczki, ekolodzy wybaczą nam pewnie nawet gumowe jednorazówki. Weźmy te rękawiczki i idźmy do urn! To będą paskudne wybory. Nie ma w nich moich bohaterów mojej bajki. Nie będę głosował za kimś, nie będę głosował za czymś - poza swoją przyszłością. A chcę Polski bez arogancji zaściankowych polityków. Chcę Polski, w której do resztek nie stracę nadziei, że jestem wciąż Jej, że ona mnie docenia i uważa mnie za swoje dobro. I choć troszkę oskubana, wciąż jest orłem, a nie kaczką.


Pobierz logo - duże rozmiary:
w formacie *.jpg, lub w formacie *.png


Na razie chwyciłem za telefon i obdzwoniłem znajomych w paru miejscach Polski. Są chętni, dopracowujemy szczegóły. Patrzymy na zegarek. Jesteśmy ludźmi aktywnymi - zawodowo i społecznie. Każdy z nas w tym, co robi, chce być profesjonalistą; wiemy, że trzeba działać z głową; wiemy, że nie wszystko zależy od dobrych chęci. Dlatego piszę: mamy pomysł i proszę o pomoc. Co o tym myślicie? Zacznijmy od rozmowy, a potem może uda nam się coś razem zrobić!
21:30, dziennikrozterek , Cóż rzec
Link Komentarze (65) »
sobota, 22 września 2007
Orzeł, czy kaczka?
Do każdych kolejnych wyborów idę z narastającą niechęcią. Głosuję od 1989 roku – odkąd rodzice pozwolili mi stawiać krzyżyk na karcie. Rok po roku, z wypowiadanych przez nich słów tworzyłem obraz politycznej rzeczywistości, konstruowałem obywatelską tożsamość. Z czasem i jedno, i drugie stawało się moje – krytyczne i przepracowane. Z latami przybywa mi świadomości tego, w czym uczestniczę, o czym decyduję, czym jest w istocie mój głos. I coraz trudniej przychodzi godzić się na kompromisy między własnymi marzeniami o Polsce i cynizmem przydzielanej mi karty do głosowania.

A było kiedyś tak (heh, prehistoria 26-latka), że łapczywie podejmowałem pytanie: „Na kogo będziesz głosować?”. To było, jak zaproszenie do fascynującej dysputy. Dzisiaj tego pytania nie znoszę. Odpowiedź mnie boli. Nie wiem! Nie wiem, na kogo; nie chcę na to. Przywilej stawiania krzyżyka stał się niczym krzyż pokutny – niewdzięczny, ale i niezbywalny. Bo miałbym się nań wypiąć? Olać swoje istnienie? Tak, jak świętym prawem kota jest znakować swoje terytorium, tak moim świętym prawem w demokracji jest zaznaczać swoje w niej miejsce. I jak kot mówię: to moje, i jak kot drapnę tego, co zechce mi je odebrać.

I cholera, są tacy! Ludzie Drodzy, Rodacy, są tacy! Przez ostatnie dwa lata uczynili po temu wiele, porzuciwszy wysublimowane techniki, a w polskiego chama nowy żywot tchnąwszy – chrzcząc go budowniczym IV RP. Odczarowali w mig zaklęcie rewolucji moralnej, dyskredytując i ją, i siebie. Bez pardonu tłamszą godność Innych niż oni, ubliżają i zastraszają domniemanych winowajców, odhumanizowują edukację, gwałcą majestat prawa, partaczą w polityce zagranicznej, zawłaszczają przestrzeń dla wolności słowa, światopoglądu i ekspresji uczuć. To są konkretne zarzuty, które stawiam obecnej władzy. Po prostu oskarżam rządy PIS i jego żądnych władzy popleczników.

Pamiętam upalne niedzielne popołudnie, 27 maja. W dusznościach sali TR Warszawa przy głosie był prof. Wiktor Osiatyński. Mowa była o „Liniach podziału”, wedle nazwy cyklu odczytów zorganizowanych przez Krytykę Polityczną. Pamiętam dobrze ten prztyczek otrzeźwieńczy – jeden z wielu, jakie próbują przebić się do świadomości opinii publicznej po wyborach z 2005 roku. Osiatyński przywołał zbagatelizowany przez media ważki aspekt rozstrzygnięcia Trybunału Konstytucyjnego w sprawie ustawy lustracyjnej. Prędko odtrąbiono porażkę jej zwolenników. Do porządku dziennego przechodząc nad faktem, że o ile stosunek głosów w TK pozwolił na jej ostrą krytykę, o tyle wszyscy sędziowie mianowani przez obecny Sejm zgłosili zdania odrębne do wyroku. Pamiętam opanowany głos profesora i zasłuchanie sali w jego słowa, że aż strach pomyśleć o możliwościach, jakie obecna władza zyska wraz z końcem kadencji „starych” członków Trybunału.

To nie jest ani publicystyczna spekulacja, ani fatalistyczny profetyzm. Za dużo stało się już, by takie rzeczy potraktowanie było rozumne. O zbyt wiele tu chodzi, by móc się znieczulić.

„To czytelny sygnał – Kaczyńscy, by utrzymać władzę, potrafią być bezwzględni. A dla nich liczy się przede wszystkim telewizja, nie prasa. Bo dzięki telewizji są w stanie zawładnąć umysłami nieprzekonanych, a to ich głosów potrzebują do wygranej. (…) Dopiero po ewentualnych wygranych przez PIS wyborach będziemy wiedzieli, co Kaczyńscy są w stanie zrobić z rynkiem mediów w Polsce, jak daleko się posunąć. W 1989 r. walczyliśmy o szansę wygranej nad PRL-owskim złem, teraz mamy szansę uniknąć sytuacji, że Kaczyńscy zastraszą i spacyfikują wolne media po zwycięskich wyborach. Gdyby tak się stało, mogliby uchwalić każdą ustawę, bo będą mogli wymienić Trybunał Konstytucyjny, który dziś jako jedyny jest w stanie powiedzieć >>nie<<. A wtedy różnica między normalną demokracją a naszą będzie taka jak między demokracją a demokracją socjalistyczną – czyli jak z PRL-owskiego dowcipu – jak między krzesłem a krzesłem elektrycznym”.

Powyższy cytat jest fragmentem z krótkiej rozmowy z Tomaszem Lisem opublikowanej na łamach dzisiejszego wydania Gazety Wyborczej. W ten sposób ustosunkowuje się do kulis odsunięcia go od kierowania Wydarzeniami w Polsacie. Złowieszczo koresponduje ta rozmowa z doniesieniami o idiotycznym stanowisku naszego MSZ w sprawie nie-przyjęcia misji obserwatorów OBWE na najbliższe wybory parlamentarne. Minister Anna Fotyga: „Nie chcę używać wielkich słów, ale sądzę, że nota werbalna, która była przedstawiona Polsce w tej sprawie jest niestosownym dokumentem”. I dalej o tym, że jesteśmy „krajem stabilnej demokracji”. Duma panią minister rozpiera, wobec czego ostrzegam… Zdradził się kiedyś Władysław Bartoszewski, że ma czasem tęgą pokusę, by wetknąć szpilę w sam środek nabzdyczonego balonu polskiej bufonady. By pękł z hukiem i pożytkiem dla Ojczyzny naszej. Póki co jednak, ostatni cytacik - by klamrą spiąć wątek tumanienia umysłów vel afrontu OBWE. Dziennik publikuje wypowiedź prof. Andrzeja Rzeplińskiego z Helsińskiej Fundacji Praw Człowieka: „Wcale nie chodzi o wykrycie oszustw przy liczeniu głosów, zdarzają się one rzadko. Najwięcej nieprawidłowości jest w kampanii, gdy wyborców nieuczciwymi metodami nakłania się do poparcia jakiejś partii”. W rzeczy samej.

Cóż zatem rzec, by wkurzeniu nadać konstruktywną wymowę? Może najpierw samemu sięgnąć raz jeszcze i innym polecić obeznanie (jeśli nie obkucie) z trzydziestoma ośmioma fortelami, jakie stosują w dyskusji ludzie, chcący za wszelką cenę udowodnić własną rację, abstrahując od słuszności swoich argumentów – „Erystyka” Schopenhauera. Wczoraj w księgarni wpadło mi w oko jej wznowienie. Małe to to, a jawi się niczym szczepionka na bezczelne chwyty polityków.

Biega mi po głowie myśl jedna jeszcze. Inspiracja dlań pochodzi z Francji, z wyborów prezydenckich w 2002 roku, wygranych przez Chiraca, który uzyskał w drugiej turze 86% głosów. To olbrzymie poparcie nie było bynajmniej świadectwem przywiązania Francuzów do jednego z ich najmniej udanych przywódców. Tak wielka była tama, jaką obywatele tego kraju postawili przed populistą i demagogiem Le Penem. W dniu elekcji, mimo wiosennej aury, wielu z nich przywdziało rękawiczki. Głosując w nich za Chirakiem dali wyraz podwójnej dezaprobaty: dla Le Pena i urzędującego prezydenta. Ale nade wszystko sięgając po rękawiczki, sięgnęli do clou swojego obywatelstwa. I zaciskając zęby obronili ustrój. To truizm i wstyd, by w takich banałach odezwę popełniać: Demokracja nigdy nie jest ostatecznie zdobyta i niewzruszenie trwająca. Jej najcenniejsza zaleta – wiara w mądrość i dobrą wolę człowieka jest jednocześnie jej najdotkliwszą wadą. Dumni Francuzi tym spektakularnym aktem w jednej chwili zmyli z siebie odium flirtu z nacjonalistą i wybrali „tego, co już był i nakradł”, ale czego by nie pisać – pozostał demokratą (w najgorszym razie – czerpiącym z gorszych wzorców antycznych).

I nam Chirac wszedł ongiś za skórę. Trawestując jego pamiętne słowa: Nie zmarnujmy okazji, do tego, by nie siedzieć cicho… od serca poczciwego posyłam zawołanie: Do wyborów, Ludzie! Weźcie grube rękawiczki, ekolodzy wybaczą nam pewnie nawet gumowe jednorazówki. Weźmy te rękawiczki i idźmy do urn. To będą paskudne wybory. Nie ma w nich bohaterów mojej bajki. Oferta opozycji to wciąż niedoprawiona jajecznica. Nie będę głosował za kimś, nie będę głosował za czymś – poza swoją przyszłością. A tej chcę w Polsce bez arogancji zaściankowych polityków. Chcę Polski, w której do resztek nie stracę nadziei, że jestem Jej wciąż, że ona widzi mnie, docenia i uważa mnie za swoje dobro. I choć troszku oskubana, wciąż jest orłem, a nie kaczką.

>>>
Do wertowania: IVRP, DiP, TR, Krytyka Polityczna, Osiatyński, Lis, OBWE, HFPCz, Chirac, Wybory 2007
18:15, dziennikrozterek , Cóż rzec
Link Komentarze (22) »
Wreszcie...
Szlag trafił tą moją celebrę. Miało być sporo wcześniej; jeszcze w maju, w niesmaku po „Polakach”. „Ale zaczynać od protestu?” – dałem sobie na wstrzymanie. Potem, co rusz, wraz z gorącem wiosny i lata. Wciąż w – fafarafa! – oburzeniu, rzadziej w zachwycie. Aż już mi się nawet cudnie zgrały: zamiar i bieg wydarzeń: „Wreszcie!” – pomyślałem na okoliczność rozwiązania Sejmu i ocucenia nadzieją. Całkiem zgrabne połączenie negatywnego z pozytywnym: Koniec męczarni, szansa na serca roście. Wtedy jednak zabrakło czasu. A tu przyszła jesień… Niepostrzeżenie muskać mnie poczęła powietrzem. Ten zapach (przyjdzie czas, że go ujmę w słowy) jął docierać do mnie coraz wyraźniej. „Ha, więc o nim będzie” – refleksyjnie i w przenośni. Lecz nawet to mi nie wyszło. No, a dzisiaj się zdenerwowałem i jednak głos we wkurzon ton zapodam. Tu i teraz.

>>> Do wertowania: Polacy, Sejm

17:57, dziennikrozterek , Cóż rzec
Link Komentarze (13) »

Creative Commons License
Treść tego bloga jest dostępna na: licencji Creative Commons: Uznanie autorstwa - Użycie niekomercyjne - Bez utworów zależnych 2.5 Polska.