Kategorie: Wszystkie | Cóż rzec | Mianownik | RE: | SIC!
RSS
piątek, 20 lutego 2009
Na włączonym po(d)glądzie

Znowu się zatkało internetowe konto sms u pomarańczowego operatora i musiałem je wyczyścić z nadmiaru treści. No i się zaczęło. Wspomnienia, wspomnienia... Jakimś szczęśliwym trafem, w pokaźnych zbiorach, idących w setki sms-ów, uchowało się paredziesiąt wiadomości całkiem szczególnych - sprzed czterech lat. Zapis rozterek (a jakże), radości i... miłości. Niby było minęło, ale po lekturze stwierdzam, że tyle w nich uroku życia, ile cukru w cukrze. I to nie pozwoliło mi ich skasować, oczywiście.

Każda, zależnie od adresata, pisana innym językiem - bardziej intymna, lub bardziej mniej. Kusi strasznie, by się z wybranymi z nich uzewnętrznić na blogu, bo i zabawne są (stwierdzam to mocą autorytetu recenzentów, abstrahując od własnych upodobań), i wzruszające, i queerowe (a deficyt queerowości w tym blogu jest rażący), a nade wszystko - są niczem haiku, tyle, że zdecydowanie bardziej krwiste, pikantne i soczyste. Prawdziwe. Ot co. I w tem oto miejscu dochodzę do sprawy fundamentalnej - przekleństwa, jakim jest ten cholerny blog.

Uciąłem sobie swego czasu pogawędkę z A. nt. sideł, w jakich siedzi bloger - tak rozpisany, jak on i taki z doskoku, jak ja. Stwierdziliśmy jednomyślnie, że trudno być tutaj tak prawdziwym, jak by się tego pragnęło w istocie (A. podzielił blogi na publiczne i prywatne - słusznie). Doszedłem do wniosku, że każdy kolejny wpis - zwłaszcza taki, który uważamy za pierwszorzędny - przywiązuje nas do dorodnej postaci, jaką rzeźbimy. I gdybym zaczął pisać o rozterkach w pełni - tych najgłębszych i najbardziej dramatycznych, dotykających różnych granic, to byłoby to samobójstwo totalne. Bzdura, nie doszłoby do tego samobójstwa, bo bycie na łamach bloga prawdziwym full version 100% wydaje mi się nieosiągalne. Nie potrafię (jeszcze?). Zbyt wiele hamulców, zbyt wiele obaw, wreszcie - zbyt wiele wątpliwości, co naprawdę mi to da.

Ktoś zapyta: po co więc ten blog? ...wydmuszka? Bo wciąż nie wyzbyłem się tej przemożnej chęci wyartykułowania całego siebie, nim te wszystkie myśli, z którymi biję się w głowie, znowu w sobie spalę. Nie anonimowo, tylko z podpisem. Nie do szuflady, tylko do ludzi. By się zaznaczyć w przestrzeni, choćby wirtualnej, choćby tylko dla siebie, ale na włączonym po(d)glądzie.

PS: Byliśmy wczoraj z Wojtkiem na Wątpliwości. Film rozgrzewający myśli. Mnie się wydał rozprawą przede wszystkim o winie, warsztatem sumienia dla lustratorów i antylustratorów; dla każdego, kto feruje wyroki i od wyroków stroni. Traktat o prawie do tajemnicy i o prawie do jej poznania. O osobowości, której siła potrafi uczynić człowieka swoim więźniem, o osobowości pojedynku - w imię różnych pryncypiów. Świetne dialogi. Być może w pewnych fragmentach film trąci nie tyle łopatologią, czy dosłownością, co po prostu szczypie widza w zadek, czym nie pozwala mu odlecieć w abstrakcyjne dyrdymały. No i Meryl Streep - z lekka teatralna, pełna klasy.

19:02, dziennikrozterek , Mianownik
Link Komentarze (2) »
środa, 19 listopada 2008
Muska ten moment
D.,
 
ponoć śnieg tej nocy padał w Warszawie. To już ten etap, w mordę. Ostatnie dni przywróciły uleciałe gdzieś odczucie ruchu ludzi wokół. Tak to właśnie nazwę, choć sztywno brzmi - że żyją, że się mają, że chcą poznać i być. I ja z nimi. Skądś wyszli; są wciąż, brakowało mi tego poczucia. To miłe, ale nie takie proste i lekkie. Bo każdemu sporo przyrosło na wadze. Trudniej się przez to uchwycić, albo i obcowanie jest bardziej per konkret - bo wolnej przestrzeni ubyło, weszli w nią inni i właściwe upływowi czasu Sprawy. Tak, to miłe, ale też tak cholernie refleksyjne - na tyle, że zamajaczyła mi gdzieś ostatnio postać Wielkiej Zmarzliny. Ano, to-ta jest takim corocznem straszydłem, z którym z mniejszym, lub większym niepowodzeniem przychodzi się zmagać. Taka wyobcowania tradycja.
 
No, ale! Wbrew prognozom logiki, wbrew obrazowi ostatnich lat, budowanym wedle kalkulacji: winien-ma, miałobyć-jest, dobry-zły, czuję się jednak dość pewnie przed kolejnym rendez vous ze zjadliwym ciemnictwem. W gruncie rzeczy nawet nie czynię sobie żadnych wycieczek, by odgadnąć, skąd taki układ własnych sił. Swoje wiem, przypuszczam, czuję. Boli parę mostów spalonych - najbardziej świadomość, że potrafię być kiepski i ogień zaprószyć. Z drugiej strony, biegiem wypadków staje się tak, że ja biorę naukę z innych, inni biorą naukę ze mnie. Upewniam się w prawdziwości teorii, że ta wymiana się bilansuje, że wraca to, co dane - i dobre, i złe. I że "stopa zwrotu zależy od nakładów inwestycyjnych" - płynie z tego bodziec dla starań o lepsze. W banały wchodzę? A kysz, zarozumiałości! Z dotknięcia takiej oczywistości, jak powyższa - nie na słowo, ale przez tąpnięcie w samoświadomości, odczucia podobnego do posmakowania krwi - rodzi się upragniony ferment. Bez porządków w oczywistościach, otrzeźwieńczej zmiany ni widu, ni słychu, dno.
 
Tyle, wystarczy, bo miało być o czymś innym zupełnie. Może i pospolicie wyszło, a co, taki niezwykły jestem? A pewnie, właśnie spróbowałem być szczery. Dobranoc.
17:23, dziennikrozterek , Mianownik
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 04 września 2008
Let It Be Me, czyli powrót idola

Jason Donovan powraca.Parę dni temu tknęło mnie, żeby odwiedzić go na YouTube, a tu - proszę, sam daje znać o sobie... Jason Donovan powraca! W świat poszedł news, że 10 listopada ukaże się nowa płyta mojego, ech, starego idola: "Let It Be Me". Donovan podając jej tytuł, oznajmia kres przeszło piętnastu lat życiowej szamotaniny. Tyle czasu minęło od jego ostatniego albumu; tyle musiało upłynąć, by się jakoś ułożył ze sobą. Ano, jakoś. Prawda o tym, w co się wpakował, jest banalną przypowieścią o sukcesie; streścił ją na łamach prasy: "Dostałem nagle tak wiele... Moje marzenia ziściły się i to prawdopodobnie stało się największym problemem w moim życiu".

Jego kariera załamała się, gdy wyszło na jaw, że uzależnił się od narkotyków. Teraz, w trakcie prac nad longplay-em, podjął się także napisania scenariusza o kimś, "kto odnosząc sukces stwierdza, że łatwiej było mu z tym, co miał wcześniej". Autorskie odniesienie Jasona do swojego losu wydaje się tu oczywiste. Zresztą, to ledwie część jego (dojrzewania?) powrotu, na który składa się m.in. niedawny ślub z długoletnią partnerką Angelą Malloch, czy autobiografia wydana w zeszłym roku ("Between the Lines: My Story Uncut"). Zresztą, rozprawianie o własnym życiu, na przykład w rozmowie z dziennikarzem, uważa za terapię - wyraźnie przyznaje to autorowi tekstu w The Daily Telegraph. Hm, jakieś słowa zrozumienia dla jego podejścia?

Jednak nadal nie wszystko u niego gra harmonijną melodię. Donovan wziął ślub dokładnie w dniu, gdy stuknęła mu czterdziestka (w tym roku, 1 czerwca). Dziennikarzowi TDT mówi co prawda, że "jest totalnie szczęśliwy i panuje nad sobą", ale... Gdy miało przyjść do sesji foto, towarzyszącej artykułowi, Jason był jej wyraźnie niechętny - z lęku przed tym, jak wygląda. Tłumaczył swój opór: "Wiem, że muszę uświadomić sobie, iż się starzeję. Ale to dziwne skonfrontować się z tym, jak sam się zmieniasz". Choć swojego adwersarza zachęca szerokim uśmiechem, by spojrzał mu w oczy i upewnił się, że z nim już wszystko jest OK, w opinii publicysty wciąż zdaje się wyglądać, jak nastolatek z wieloma problemami.

Do niedawna wydawało mi się, że ostatnich kilkanaście lat u Donovana to przede wszystkim okres post-młodzieńczego buntu i kryzysu tożsamości. Tymczasem życiorys jego aktywności koryguje ten pesymistyczny obraz. Na koncie ma sukces na scenie londyńskiego West End. Odniósł go rolą Józefa w biblijnym musicalu Andrew Lloyda Webbera (tak!) "Joseph and the Amazing Technicolour Dreamcoat". Singel z piosenką "Any Dream Will Do" trafił nawet na pierwsze miejsce brytyjskiej listy przebojów. Potem były jeszcze występy w London Palladium, a także tournée z przedstawieniem Stephena Sondheima "Sweeney Todd". W tym roku wrócił na ekrany w brytyjskiej operze mydlanej "Echo Beach". Żadna to może rewelacja, ale jakość wystarcza na parę mieszkań, dobre auto i fajny zegarek (że odnotuję jeden jeszcze fragment wścibskiej sieciowej lektury).

Jason Donovan za młodu.No, tyle tych ploteczek. Na co dzień daleki jestem od ekscytowania się, lub choćby pobieżnego zgłębiania historii celebrytów. Tą razą jednak, na wieść o comeback-u Donovana, drgęła w oku łezka... Pamiętam bowiem dobrze, jak zarzynałem kasetę z jego piosenkami. Pamiętam, jaką książkę lubiłem czytać przy dźwiękach pewnego kawałka. Kniga była kolorowa, w twardej oprawie - o wszechświecie, a nuciłem przy tym "Rhythm Of The Rain". Gwoli ścisłości, odnotuję jeszcze zapach zupy jarzynowej, bo też mi się zapisał w tej szufladce pamięci. Swego czasu, gdy Nasza Pani (pierwsza wychowawczyni w podstawówce) zorganizowała klasową imprezę, przyniosłem nań z dumą zestaw hiciorów Donovana. Niestety, gdy wyjmowałem kasetę z magnetofonu, wypadła mi z rąk i roztrzaskała się na szkolnej posadzce. To była najprawdziwsza tragedia, o czym przyznaję dzisiaj bez cienia krępacji. Guzik mnie obchodzi, na jakiej półce ten i ów czy ta i owa widzieliby słodki pop Jasona. Dla mnie to bowiem przede wszystkim słodkie wspomnienie dziecięcych emocji.

A nowa płyta? Jak donoszą portale, krążek inspirowany będzie muzyką lat 50. i 60. ubiegłego wieku. Pojawią się też autorskie kompozycje piosenkarza, a obok nich parę coverów (m.in. "Blue Velvet", "Love Hurts", "Smoke Gets In My Eyes", czy "Sealed With a Kiss").

Trochę więcej na oficjalnej stronie Jasona Donovana. Próbki z nowej płyty są na jego przystani w MySpace.


17:50, dziennikrozterek , Mianownik
Link Komentarze (3) »
 
1 , 2

Creative Commons License
Treść tego bloga jest dostępna na: licencji Creative Commons: Uznanie autorstwa - Użycie niekomercyjne - Bez utworów zależnych 2.5 Polska.