Kategorie: Wszystkie | Cóż rzec | Mianownik | RE: | SIC!
RSS
wtorek, 26 sierpnia 2008
Złota radość

Źródło: streem.com.au | Matthew Mitcham - złoty medalista po dekoracji.
Źródło: streem.com.au | Matthew Mitcham - złoty medalista po dekoracji.

Ha, a to ci nowina. Żadna świeżynka, bo liczy już trzy doby; a jednak, jak się okazuje, nowina.  Pogadałem wczoraj z przyjacielem na Skypie. I jak to bywa, podług naszej świeckiej tradycji, po poezji niekłamanych komplementów, przeglądzie spraw bieżących, wymianie myśli codziennych przeplatanych złotymi, brzdąknelim w kieliszki, dając znać, że oto czas przyszedł na ploty! Jednakowoż sezon ogórkowy plotkom nie służy, zagaiłem więc pro forma, że pozostaje nam pocelebrować jeszcze trochę złoty medal dla Matthewa Mitchama. I tu nastała cisza. "Dla kogo?" - zapytał.

No i się zrobiło ciemno. Raz, że lato już zmierzcha; dwa, że oniemiałem; trzy, że się połączenie zerwało. Jakkolwiek w cieniu tegorocznej olimpiady widać było wojenny topór i czuć było cierpienie wielu ludzi, sądziłem, że pewne wiekopomne wydarzenia zwróciły szeroką uwagę uwrażliwionego audytorium. Myliłem się. Zrazu obiecałem więc sobie, że bez dalszej zwłoki odniosę się do zwycięstwa Australijczyka. Z kilku powodów.


Źródło: streem.com.au | Matthew Mitcham - złoty medalista po dekoracji.Po pierwsze, idzie o gościa, który mnie ujął. Ma szczery uśmiech, tryska radością ze sportu i życia. Na tle paskudnej, propagandowej twarzy igrzysk w Pekinie, tchnienie prawdziwości ma moc podwójną. Tą siłą i godnością osobistą ujął mnie właśnie Matthew Mitcham. W fenomenalnym stylu zdobył złoty medal. A potem ucałował mamę i swojego chłopaka. Tak, Matt jest gejem.

Po drugie, dowiedziałem się o nim niedawno, gdy trafił na okładkę sierpniowego Advocate. Stał się znany po tym, gdy w maju dokonał coming outu. W wywiadze dla The Sydney Morning Herald, w materiale przybliżającym sylwetki australijskich faworytów w Pekinie, dziennikarz zapytał go, z kim mieszka. "Ja nie planowałem tego zrobić" - cytuje 20-latka Advocate - "to było tylko pytanie". Odpowiedział na nie, mówiąc, że od dwóch lat żyje ze swoim partnerem, Lachlanem.

Po trzecie, to, co rzekł tak, po prostu, z dnia na dzień zogniskowało na nim uwagę mediów. W Australii sporty wodne traktowane są bowiem z atencją równą futbolowi amerykańskiemu w USA. Siłą rzeczy, wyznanie Mitchama stało się newsem. I w tym sęk, bo rzecz dotyczy świętości - jednej z tych kilku twierdz, które niezależnie od szerokości geograficznej są bastionami heteronormatywnego absolutyzmu.

Dość powiedzieć, że Mitcham jest pierwszym jawnie zdeklarowanym homoseksualnym sportowcem, który dokonał coming outu przed igrzyskami, w trakcie walki o wszystko, nie po niej. Na swojej okładce Advocate napisało: "Matthew Mitcham nie chce być kolejnym Gregiem Louganisem". Jakkolwiek rozumieć można to wieloznacznie, bo życie Louganisa obfituje w dramaty, warto przypomnieć, że ten Amerykanin, legenda skoków do wody, stracił część sponsorów po tym, gdy stwierdził, że jest gejem.

Parsknie ktoś może z dezaprobatą, że to mieszanie krakersów z biszkoptami. Ktoś może z politowaniem zapyta, co ma piernik do wiatraka. I dorzuci skonfudowany, że co go interesuje, do jakiej płci uczuciem pała ten, czy inny sportowiec; że ważna jest jego forma fizyczna, a całą resztę prywaty delikwent powinien schować w majtkach. Otóż nie.

Każdy sportowiec, który zdobywa się na upublicznienie swojej homoseksualnej orientacji - chcąc, nie chcąc - daje świadectwo niezwykłego wręcz hartu ducha. Pal sześć donatorów - że sobie pozwolę na taką nonszalancję. Idzie o bezwględność międzyludzkich relacji. Zwłaszcza w sporcie i wokół niego; nigdzie indziej kult macho nie ma się tak dobrze, jak tu. Nigdzie indziej człowieczeństwo nie jest tak sterroryzowane dogmatycznym poglądem na płeć.

Nierzadko idzie więc także o walkę, jaką osoba homoseksualna musi toczyć na dodatkowym froncie: własnej godności. Bo dla "pedałów" na stadionach miejsc nie ma. Wiadomo też, że jak już zabraknie synonimów do "słabego zawodnika", zawsze można go nazwać "ciotą". Zresztą, lepiej nawet rzec tak od razu, wszyscy przecież są kumaci.

Po sławetnym wywiadzie dla The Sydney Morning Herald, Mitcham podkreślał: "Chcę być znany, jako australijski wyczynowiec, który naprawdę dobrze wypadł na Igrzyskach Olimpijskich. Niestety, w powszechnym przekonaniu, wciąż uchodzi za coś niezwykłego, gdy homoseksualność i osiągnięcia w sporcie idą w parze".


A nie wiele brakowało, by niespełna dwa lata temu Matt pożegnał się z wyczynowym sportem. Walka o samoakceptację nie była dla niego łatwa. Dziś nie kryje szczęścia. I bardzo mu z nim do twarzy... Z tego, co wyczytałem, nie wiadomo, gdzie aktualnie się podziewa. Po emocjach ostatnich miesięcy zaszył się z chłopakiem na wakacjach. O, zasłużył na nie, a toast możemy z Wojtkiem wznieść i bez niego. (Australijskie piwo widziałem niedawno w promocji!)

PS: Gwoli zadowolenia wszystkich, dla których i tak liczy się tylko wynik: Finałowy skok Mitchama z 10-metrowej wieży na letnich igrzyskach w Pekinie otrzymał najwyższe noty w historii olimpijskich zmagań. Australijczyk zdobył złoty medal, zyskując łączną notę 537,95 punktów. Pokonał tym samym Chińczyka Luxina Zhou (533,15 pkt) i Gleba Galperina z Rosji (525,80 pkt).

Komentując swój wyczyn, powiedział: "Wszystko, absolutnie wszystko, zrobiłem dla tej sprawy. Wiedziałem, że mam szansę, ale odległą. Mimo to, starałem się zrobić wszystko, absolutnie wszystko, by ją dla siebie wykorzystać. Nigdy nie myślałem, że może się zdarzyć to, co dziś jest faktem".

Słowa Matta przytacza gejowski magazyn DNA: "Powrót do sportu i wszystko, co robiłem, służyło wygraniu olimpijskiego złotego medalu. Gdy trenowałem każdego dnia, dwukrotnie, po jedenaście sesji w tygodniu, trzydzieści godzin na tydzień, przed każdym skakaniem, mówiłem sobie: chcę wygrać olimpijskie złoto. Było warto".
13:40, dziennikrozterek , Mianownik
Link Komentarze (2) »
czwartek, 21 sierpnia 2008
Ostromecko, jak się patrzy

Ostromecko, 12 lipca 2007 | Miejscowość leżąca 6 km od Bydgoszczy. Na zdjęciu malowniczo położony pałac wojewody pomorskiego Pawła Michała Mostowskiego. Zbudowany w stylu barokowym około roku 1730.
Ostromecko, 12 lipca 2007 | Miejscowość leżąca 6 km od Bydgoszczy. Na zdjęciu malowniczo położony pałac wojewody pomorskiego Pawła Michała Mostowskiego. Zbudowany w stylu barokowym około roku 1730.

Zajrzałem do zdjęć z lipcowego z Wojtkiem wypadu do Bydgoszczy. No i wzięła mnie chęć silna, żeby znowu do domu pojechać. Trza jednak siedzieć tutaj, w Wawie, i pracować, bo czym czas dłużej mi leci, tym wolniej coś się kleci (okazyjna rymowanka z morałem na użytek własny).

A podczas weekendu w Bydzi, pojechaliśmy do Ostromecka (skorzystaliśmy z podmiejskiego autobusu - świetny pomysł bydgoskiej komunikacji). Swego czasu, robiłem tam sobie częste wycieczki rowerowe. I zawsze była to miła wyprawa. Piękny krajobraz, wiejsko-sielski spokój i gdzieś w tym wszystkim duch dawnej świetności miejsca.


Ostromecko, 12 lipca 2007 | Wojtek i ja na tle sielskich okolic Ostromecka - Nadwiślańskiego Parku Krajobrazowego.

Ostromecko dzisiaj dobrzeje. Dwa pałace, będące częścią malowniczego zespołu parkowego, wróciły już w znacznej mierze do majestatycznej formy. Miasto chce wykorzystać te obiekty jako miejsca kulturotwórcze. Jest zatem szansa, że ostromecka marka wyjdzie poza pyszną wodę. Swoją kroplą, podawana na warszawskich salonach, w drodze z Ostromecka do stolycy, przeobraża się w polskie wcielenie wody Perrier. Serwowanym za grube złotówki. Na pohybel snobom!

Cóż, to garść wspomnień, z wibrującą melodią emocji nie do przełożenia na słowa. Zapewne interesujące tylko dla mnie - nawet nie chce mi się wysilać na pisanie. Ale zdjęć parę wklejam. I polecam, jeśli ktoś mojej sugestii ufa. I już, dobre miejsce.


Ostromecko, 12 lipca 2007 | Idziemy k'tajemnicom...

Więcej fotek można obejrzeć tutaj.

19:55, dziennikrozterek , Mianownik
Link Komentarze (4) »
wtorek, 12 sierpnia 2008
Reakcja obronna

Ani trochę nie ciągnie mnie, by śledzić olimpijskie pojedynki. Specyficzne konkurencje. Chińska bezpieka trzyma formę, pokazując oponentom, gdzie ich miejsce. W mailingu przedstawiciele Students for a Free Tibet, donoszą o aresztowaniu piątki działaczy. Jest wśród nich Tybetanka Padma-Dolma Fielitz. Na filmie dokumentującym moment zatrzymania widać, jak chiński funkcjonariusz ciągnie ją po ziemi. Padma nie daje wydrzeć sobie tybetańskiej flagi.


Źródło: freetibet2008.org |
Agent chińskiej służby bezpieczeństwa (w cywilu) szamocze się z Padmą-Dolma Fielitz (21 lat) - Tybetanką z Niemiec, usiłując wyrwać jej flagę Tybetu. Do pomocy włączają się inni funkcjonariusze. W tym samym czasie siłą zatrzymywany jest również Steven Andersen (28 lat) z Kanady.
Autor tego filmu również został zatrzymany i będzie deportowany. 

Do zdarzenia doszło w niedzielę w pobliżu Placu Tiananmen. Trójka aktywistów próbowała rozwinąć transparent „Tybetańczycy giną za wolność”, pozostałych dwoje protestowało z flagą Tybetu. Wszystkich zatrzymanych czeka zapewne deportacja. Niestety, nie ma żadnych informacji o tym, co dzieje się z nimi od momentu zatrzymania. Wcześniej piątka innych działaczy z Kanady została zatrzymana w hotelu i przesłuchana w jego piwnicy, a następnie deportowana do Hong Kongu. Obecnie powinni być już w domu.

Jak podaje SFT, niedzielna akcja w Pekinie była pierwszą od inauguracji igrzysk, w której wzięła udział osoba narodowości tybetańskiej. Wcześniej, w strachu przed protestami, rząd za priorytet przygotowań do olimpiady uznał usunięcie Tybetańczyków ze stolicy i zablokowanie dostępu do niej tym, którzy tułają się po Chinach.

W piątek poszedłem na alternatywne rozpoczęcie igrzysk pod ambasadą ChRL w Warszawie. Atmosfera daleka była od tej z linii – rzec tak trzeba – frontu. Jednak i głębokie dźwięki bębnów brzmiały tego dnia zdecydowanie mniej przyjaźnie. Trudno było nie usłyszeć w nich odgłosów z Gruzji. Wojna bywa głośna… Różnie to zresztą pobrzmiewało. Trochę, jak bicie serca tych, którzy zdobywają się na odwagę tam (nie tu, gdzie spokój), twarzą w twarz powiedzieć: nie!

Klimat ostatnich dni wzbudził we mnie swoistą reakcję obronną. Telewizor omijam szerokim łukiem. Radio zastąpiła cisza, w którą wplatam dźwięki czilautowe. Muszę robić swoje, praca kiepsko znosi sentymenty. Ale zerkam w doniesienia z blogosfery.

W komentarzu pod wpisem o zniczu, jaki wysłałem do ambasadora Chin w Polsce, insultdog pyta, czy zapaliłem go również „dla uczczenia pamięci chińskich cywilów zabitych przez Tybetańczyków, np. spalonych we własnych sklepach?”. Tak – odpowiadam
dla wszystkich ofiar. Muszę zarazem przyznać się do cichej obawy, ale bliskiej wspomnianej przez miracles i rybkę_w_morzu, że czyjeś sumienia pozostaną i tak niewzruszone. Nie jeden knot trzeba by zapalić, by oświecić ślepca. Sprawa tym gorsza, jeśli jego ślepota to taka osobliwareakcja obronna.

00:51, dziennikrozterek , RE:
Link Komentarze (3) »
1 ... 6 , 7 , 8 , 9 , 10

Creative Commons License
Treść tego bloga jest dostępna na: licencji Creative Commons: Uznanie autorstwa - Użycie niekomercyjne - Bez utworów zależnych 2.5 Polska.