Kategorie: Wszystkie | Cóż rzec | Mianownik | RE: | SIC!
RSS
czwartek, 25 września 2008
Wyżyny kiepskiej piosenki

Wczorajszy sondaż preferencji wyborczych (PBS DGA dla Gazety Wyborczej, 19-21 IX) to kolejna zwrotka kiepskiej piosenki. Szlag mnie trafia. Na tzw. chłopski rozum (komplemencik nie dla PSL, lecz świeżości rzeczowego spojrzenia) nie ogarniam powodów wzrostu notowań Platformy. Jeśli przyjąć, że powodem skoku jest "uderzenie PO w PIS-owski dzwon populizmu", to powiem mocniej: z czym do ludzi?! Czym sobie PO ten wzrost wypracowała?

Sondaż GW.Kiepska piosenka, oj kiepska, bo denerwuje ten anemiczny stosunek rodaków do polityki. W sumie pasowałby jeszcze inny epitet: bezkrytyczny, płytki. Wiem, wiem, niby istnieje taki porządek rzeczy, gdzie jest kura i jajko. Drobiem są niedojrzałe elity i ich piekiełko, z którego poczęte zostało antypieniacze marzenie Lechitów o kraju zgody i pięknej pogody. Z niego zaś politycy i tak wkoło cyrku. Ale ile warta jest krytyka społeczeństwa, któremu ostrze głosu tępi względny spokój "na górze" i zaklęcie, że "chcemy, ale nie możemy"?

Byłem ostatnim, który w ostatnich wyborach wsparłby ekipę Kaczyńskiego, ale też jednym z tych, którzy żyli nadzieją, że alternatywą dla nich jest coś więcej, niż tylko "strategia miłości". Domagałem się i domagam wizji rozwoju Polski, odważnej wizji. Chcę nie tylko deliberować o niej po akademicku, upominać się o nią, ale też wreszcie mieć wizjonerów u władzy.

Tymczasem król jest nagi, a bywa wręcz irytujący. Nie rozstrzygnąłem tylko, czy bardziej, gdy po raz kolejny sięga po sformułowania typu: "i trzeba dziś to wyraźnie powiedzieć...". I mówi o zmianie, o wyzwaniach, o szansie - ech, chrzań się... Czy może wtedy, gdy z miną "na twardziela", głosi, że moja ojczyzna powinna być pionierem przymusowej kastracji pedofilów; ba, wchodzi na humanistyczne wyżyny i oświadcza, że prawa człowieka nie są dla wszystkich ludzi.

Ech, dostanie się dzisiaj wszystkim po równo. Bo jak zerknę na prawo bardziej i widzę szamotaninę Jarosława Kaczyńskiego z czarnymi siłami (te wyraźnie go nie opuszczają) i kolejne tegoż prymitywne do głąbi zagrywki, to mnie zrazu krew zalewa. Jakże by inaczej, skoro do tego gościa, po kres naszych dni, przypięty będzie tytuł premiera... OK, to w sumie mniejszy ból i tylko dla tych, którzy czują siłę konwenansów. Poważniejszym zmartwieniem jest jego - wciąż jednak spory - wpływ na kształtowanie języka polityki. Ergo: samej polityki. Do niedawna grał w tej materii pierwsze skrzypce. Dziś, choć słabszy, jego fałsz ma dość siły, by co wrażliwsze ucho zwiędło, gdy ten da głos.

Nie rozkminiam (yeah, efekt językowych korepetycji u młodszego pokolenia) takowoż drogi, jaką obrało SLD, przypisujące sobie miano Lewicy. Tak naprawdę, to oni musnęli mnie po nerwach na tyle, bym uciekł się do tych niewysublimowanych słów oburzenia. Dzisiejszej serii wypowiedzi liderów Sojuszu frontalnie atakujących inicjatywę odebrania sowitych uposażeń funkcjonariuszom komunistycznej bezpieki, jako żywo, nie akceptuję. Delikatnie rzecz ujmując.

Kogo ta partia reprezentuje? Do jakiego wyborcy kieruje swój przekaz, do licha? Gra pieśń na tę samą nutę, co jej pis-owski oponent: przeszłości. Tyle, że zatęchłej od dymu gabinetów PRL-owskiego towarzystwa. Przeszłość ma dla mnie znaczenie, podobnie, jak na mój nastrój ma wpływ to, czy miałem dobry, czy zły sen. Ale jak wstaję, to codziennie dokonuję cywilizacyjnego wyboru i stawiam na nowy dzień (czytaj: przyszłość).

Daleki od taniej żądzy odwetu, za to nauczony historii w domu i w szkole, uważam za kwestię elementarnej sprawiedliwości cięcie po kieszeni stróżów dawnego reżimu. Tu jest mus powinności kraju wobec tych, którzy poświęcili się zdobyciu wolności. To nie abstrakcja, to moje dzisiaj. Wolne dzisiaj.

Tam, gdzie państwo jest w mocy stanowić elementarną sprawiedliwość, ma obowiązek z tej władzy zrobić użytek pro patria bona. W dyskusji o niuansach zapowiadanej ustawy, jedynym, o jakim warto jeszcze deliberować to taki, by parlament zadbał o wysoką jakość projektowanego prawa. Tak, aby w sytuacji, gdy ustawa trafi do Trybunału Konstytucyjnego - a zapewne trafi - obroniła się tam mądrością przepisów. By nie była obliczona na doraźny efekt utrzymania rekordów w sondażach.

W każdej sytuacji, gdy idzie o proste zestawienie, w jakim po jednej stronie mamy lichawą emeryturę robotnika, który szedł na barykady przeciw komunie, po drugiej zaś dobre samopoczucie jego oprawców, nie ma dla mnie krztyny populizmu, jest za to drwina historii i wołanie o sprawiedliwość i godność.

Konstatuję, w rok po wyborach, spinając klamrą powyższe z lamentami własnymi po sondażach: Nikt, absolutnie nikt - że sobie pozwolę na tryb absolutnej negacji -
mnie nie reprezentuje. Nikt z tych, którzy mają dziś z obywatelami Rzeczypospolitej Polskiej podpisany kontrakt na rządzenie krajem, ani z tych, którzy będąc w opozycji, zgłaszają aspiracje do zawarcia takiego kontraktu w najbliższych wyborach. Przypominam tymi gorącymi słowy o swoim obywatelskim dramacie. I, wedle danych socjologicznych, o problemie przeszło połowy Polaków. Za to estabiliszment utwierdza mnie w przekonaniu, że niektóre stare piosenki, jakkolwiek irytujący miałyby tekst i osłuchaną do ostateczności melodię, mają przedziwną siłę trwania. Jak choćby ta o podziale na nas i onych.

Jak to możliwe, w środku Europy, w XXI wieku, w erze ekstremalnego pędu do przodu, przy takich wyzwaniach, jakie ma Polska i geopolitycznym cudzie, jaki sobie wymęczyliśmy? Może mię to ktoś na chłopski rozum wyjaśnić? Bo choćbym wspiął się na wyżyny swojego IQ, to nie pojmuję.

23:59, dziennikrozterek , Cóż rzec
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 22 września 2008
Wszystkiego najblogszego!

Zdążyłem usiąść do klawiatury, nim przejdzie mi koło nosa mała rocznica. Powróciwszy z wyprawy po nową energię, prostuję się, by oznajmić: Dzisiaj stuknął "Dziennikowi rozterek" równo rok. Nie o skłonność do celebracji w tym przypadku idzie, ale o moją tycią satysfakcję, że to jednak rok już i że na tym nie koniec.

Pierwszy rok bloga.Bo we wrześniu ubiegłego roku poszło o danie upustu poglądom gdzieś w otwartej przestrzeni, ale i o wymuszenie systematyczności w piórze. Gdzieś mi uleciało wcześniej pisanie reportaży, artykułów różnistych, prowadzenie audycji, ciągłego operowania słowem na użytek inny niż studencki, czy szarodzienny. Zatęskniłem za paplaniem i dlatego tu się wprowadziłem. Czas pokazuje, że rewelacyjnych wyników w rygorze blogowania nie wypracowałem, lecz znając siebie, znajduję powody do zadowolenia.

A jeśli idzie o statystyki, rankingi, itp., to start miałem zaiste wyborowy. (Zachowałem zrzuty ekranu pierwszych miejsc na top-listach Bloxa, a jakże! Skonstruuję wkrótce autorską zakładkę na blogu i tam zrobię se taki kącik autopromocji, a dzisiaj - skromny wpis:) Tak, czy siak, świętuję aktywność wirtualną, a ważniejsza pozostaje dla mnie wciąż akcja w realu. O tej zaś i wypiekach na twarzy już niebawem coś skrobnę - niech to będzie taka urodzinowa obietnica. W duchu systematyczności.

W tym miejscu jeden jeszcze akapit - w rzeczywistości blogowej najważniejszy: Dziękuję wszystkim, którzy poświęcili mi od paru sekund po paredziesiąt minut, przypadkiem trafiając na moją stronę, lub wstukując ten adres w pełni świadomie. Dziękuję za uwagę i opinie. Za interakcję - ona daje autorowi naprawdę wiele frajdy. Ot co.

No, miało być krótko, kronikarsko, na powyższym więc poprzestanę. Wracam do aklimatyzowania się w polskiej jesieni. Osz w mordę, w Zakopanem śnieg spadł dzisiaj!

20:40, dziennikrozterek , Cóż rzec
Link Komentarze (2) »
czwartek, 04 września 2008
Let It Be Me, czyli powrót idola

Jason Donovan powraca.Parę dni temu tknęło mnie, żeby odwiedzić go na YouTube, a tu - proszę, sam daje znać o sobie... Jason Donovan powraca! W świat poszedł news, że 10 listopada ukaże się nowa płyta mojego, ech, starego idola: "Let It Be Me". Donovan podając jej tytuł, oznajmia kres przeszło piętnastu lat życiowej szamotaniny. Tyle czasu minęło od jego ostatniego albumu; tyle musiało upłynąć, by się jakoś ułożył ze sobą. Ano, jakoś. Prawda o tym, w co się wpakował, jest banalną przypowieścią o sukcesie; streścił ją na łamach prasy: "Dostałem nagle tak wiele... Moje marzenia ziściły się i to prawdopodobnie stało się największym problemem w moim życiu".

Jego kariera załamała się, gdy wyszło na jaw, że uzależnił się od narkotyków. Teraz, w trakcie prac nad longplay-em, podjął się także napisania scenariusza o kimś, "kto odnosząc sukces stwierdza, że łatwiej było mu z tym, co miał wcześniej". Autorskie odniesienie Jasona do swojego losu wydaje się tu oczywiste. Zresztą, to ledwie część jego (dojrzewania?) powrotu, na który składa się m.in. niedawny ślub z długoletnią partnerką Angelą Malloch, czy autobiografia wydana w zeszłym roku ("Between the Lines: My Story Uncut"). Zresztą, rozprawianie o własnym życiu, na przykład w rozmowie z dziennikarzem, uważa za terapię - wyraźnie przyznaje to autorowi tekstu w The Daily Telegraph. Hm, jakieś słowa zrozumienia dla jego podejścia?

Jednak nadal nie wszystko u niego gra harmonijną melodię. Donovan wziął ślub dokładnie w dniu, gdy stuknęła mu czterdziestka (w tym roku, 1 czerwca). Dziennikarzowi TDT mówi co prawda, że "jest totalnie szczęśliwy i panuje nad sobą", ale... Gdy miało przyjść do sesji foto, towarzyszącej artykułowi, Jason był jej wyraźnie niechętny - z lęku przed tym, jak wygląda. Tłumaczył swój opór: "Wiem, że muszę uświadomić sobie, iż się starzeję. Ale to dziwne skonfrontować się z tym, jak sam się zmieniasz". Choć swojego adwersarza zachęca szerokim uśmiechem, by spojrzał mu w oczy i upewnił się, że z nim już wszystko jest OK, w opinii publicysty wciąż zdaje się wyglądać, jak nastolatek z wieloma problemami.

Do niedawna wydawało mi się, że ostatnich kilkanaście lat u Donovana to przede wszystkim okres post-młodzieńczego buntu i kryzysu tożsamości. Tymczasem życiorys jego aktywności koryguje ten pesymistyczny obraz. Na koncie ma sukces na scenie londyńskiego West End. Odniósł go rolą Józefa w biblijnym musicalu Andrew Lloyda Webbera (tak!) "Joseph and the Amazing Technicolour Dreamcoat". Singel z piosenką "Any Dream Will Do" trafił nawet na pierwsze miejsce brytyjskiej listy przebojów. Potem były jeszcze występy w London Palladium, a także tournée z przedstawieniem Stephena Sondheima "Sweeney Todd". W tym roku wrócił na ekrany w brytyjskiej operze mydlanej "Echo Beach". Żadna to może rewelacja, ale jakość wystarcza na parę mieszkań, dobre auto i fajny zegarek (że odnotuję jeden jeszcze fragment wścibskiej sieciowej lektury).

Jason Donovan za młodu.No, tyle tych ploteczek. Na co dzień daleki jestem od ekscytowania się, lub choćby pobieżnego zgłębiania historii celebrytów. Tą razą jednak, na wieść o comeback-u Donovana, drgęła w oku łezka... Pamiętam bowiem dobrze, jak zarzynałem kasetę z jego piosenkami. Pamiętam, jaką książkę lubiłem czytać przy dźwiękach pewnego kawałka. Kniga była kolorowa, w twardej oprawie - o wszechświecie, a nuciłem przy tym "Rhythm Of The Rain". Gwoli ścisłości, odnotuję jeszcze zapach zupy jarzynowej, bo też mi się zapisał w tej szufladce pamięci. Swego czasu, gdy Nasza Pani (pierwsza wychowawczyni w podstawówce) zorganizowała klasową imprezę, przyniosłem nań z dumą zestaw hiciorów Donovana. Niestety, gdy wyjmowałem kasetę z magnetofonu, wypadła mi z rąk i roztrzaskała się na szkolnej posadzce. To była najprawdziwsza tragedia, o czym przyznaję dzisiaj bez cienia krępacji. Guzik mnie obchodzi, na jakiej półce ten i ów czy ta i owa widzieliby słodki pop Jasona. Dla mnie to bowiem przede wszystkim słodkie wspomnienie dziecięcych emocji.

A nowa płyta? Jak donoszą portale, krążek inspirowany będzie muzyką lat 50. i 60. ubiegłego wieku. Pojawią się też autorskie kompozycje piosenkarza, a obok nich parę coverów (m.in. "Blue Velvet", "Love Hurts", "Smoke Gets In My Eyes", czy "Sealed With a Kiss").

Trochę więcej na oficjalnej stronie Jasona Donovana. Próbki z nowej płyty są na jego przystani w MySpace.


17:50, dziennikrozterek , Mianownik
Link Komentarze (3) »
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 10

Creative Commons License
Treść tego bloga jest dostępna na: licencji Creative Commons: Uznanie autorstwa - Użycie niekomercyjne - Bez utworów zależnych 2.5 Polska.