Kategorie: Wszystkie | Cóż rzec | Mianownik | RE: | SIC!
RSS
czwartek, 29 stycznia 2009
Czego słucham?

Parę miesięcy temu odważyłem się na jedyną, jak dotąd, wycieczkę muzyczną w blogu. Powspominałem wtedy Jasona Donovana, o co sam zresztą się prosił, bo się ożywił publicznie. No, ale gdyby na tym poprzestać, to reputacja mojego muzycznego gustu mogłaby ucierpieć... jednak. Niby reputację taką mam, cytując Pana Majstra "w głębokim poważaniu", tym nie mniej, skoro próbuję się tutaj uzewnętrzniać, to czegoś w tym procesie brakuje. Ale teraz brakować przestanie. Grypę leczę akuratnie budowaniem playlisty radiowej (tak, tak, tak, już za dni parę startuję z Miszkafe!) i po przebraniu dziesiątek kawałków, natchnęło mnie, by dać światu wykładnię ogólnego poglądu na to, czego słucham. Że tak to ujmę.

W tej dziedzinie nie jestem doktrynerem. W moim przypadku sprawdza się podejście wg prostego klucza: muzyka podoba mi się, albo nie. Podchodzę do niej przez pryzmat relacji między dźwiękiem a moimi odczuciami, nie zaś metodą gatunków. Te, jako kategorie, mają tą jednak korzyść, że często intrygują samą nazwą, zachęcają do spróbowania czegoś nowego, eksperymentu z poszerzaniem gustów. Kiedyś na przykład "house" brzmiał mi domem jedynie. Dostrzegłwszy go wśród muzycznych etykiet, ciekaw byłem związku i dziś jest to jeden z wielu przykładów "zreformowania" moich skojarzeń. Dokonaniem tem się szczycę.

Takowoż, jakoś się złożyło, że w mojej chmurce muzycznych tagów, najwięcej znajdzie się klasyki i jazzu; mniej liryki, popu, rocka, bluesa; śladowo elektroniki, czy przywołanego już house. Rzecz jasna, nie zawsze tak było. Choć myślę, że skoro muzykę klasyczną w mojej rodzinie zawsze lubiano, to od dziecka stawałem się podatny na jej smak. Rzecz nie w gorliwym, czy melomańskim edukowaniu mnie przez rodziców i dziadków, lecz w tym, że po prostu ta muzyka zawsze nam grała. I grają niezmiennie przede wszystkim: Beethoven, Chopin, Ravel, Mieczysław Karłowicz, Claude Debussy, Saint-Saens, Dvorak, dawniej bardziej też Straussowie. A obok nich Handel i Bach - choć barok akurat miał u mnie zawsze wyraźny limit słuchalności, różny w zależności od okoliczności, wyraźnie jednak odczuwalny.

Do jazzu musiałem dorosnąć. (Podobnie, jak do filmów przyrodniczych - widzę tu ścisły związek. To dwa obiekty szczerej niechęci żywionej jeszcze w początkach liceum. Dzisiaj - uwielbienia.) Mam autentyczną radość z ciągłego odkrywania jego kolejnych wymiarów. Preferuję tradycyjny, pod odkrytą na własną rękę marką dinozaurów, takich jak: Ella Fitzgerald, Nat King Cole, Sarah Vaughan, Etta James, Count Basie, Louis Armstrong, Billie Holiday, Duke Ellington, Dizzy Gillespie. Opery nie pomijam, ale poruszam się w niej ariami jedynie - ulubionymi z tych dzieł, które poznałem. I w tym przypadku rządzi uniwersalny klucz: coś trafia do mnie, albo nie. Często wracam do arii "Sempre libera" z Traviaty Verdiego. Wielu kojarzy ją zapewne z "Priscilli - królowej pustyni". Zerknąłem do YouTube, ale nie znalazłem tam sceny z tego filmu, ani wykonania, które usłyszałem jako pierwsze. Wklejam więc link do nagrania Marii Callas.

Ano, ano, irytujący jest ten szufladkowy porządek. De facto sporo prawdy leży w tym, co dzieje się na pograniczu gatunków - np. jazzu, bluesa, popu i rocka, ale też wielu połączeń pomiędzy dwoma ostatnimi a klasyką (sic). Pomiędzy gatunkami trwają George Gershwin, czy Ernesto Lecuona - kolejne nazwiska z mojej najważniejszej listy. A stąd nie tak znowu daleko do muzyki filmowej - tu zwłaszcza: Gustavo Santaolalla (i to wcale nie za sprawą Brokeback Mountain), Thomas Newman, John Williams, czy Michał Lorenc. W tym rozdziale, jednym ciągiem, muszę wymienić Preisnera (ale tylko dzięki... "Kolędom na koniec wieku"), musicale Andrew Lloyda Webbera, błyskotliwość Jacquesa Loussiera, świeżość Leszka Możdżera, Marianne Faithfull, Rufusa Wainwrighta, pazur i klasę Astora Piazzolli.

Miałem okres fascynacji tym, co nowe i masowe. Wciąż świetnie pamiętam moment przełomu. Późno, w czasach ogólniaka (między 2 a 3 klasą) kuzynka posadziła mnie przed telewizorem, włączyła MTV i powiedziała, że muszę nadrobić spore zaległości. Tak było! Została po tym słabość do Spice Girls, przywiązanie do Madonny i Robbiego Williamsa. No i paru boysbandów, oczywista. Odtąd zacząłem orientować się w tym, czego słuchali moi rówieśnicy. Mniej notoryczne stały się sytuacje, gdy trudno mi było rozmawiać o aktualnych gwiazdach, bo kompletnie ich nie znałem. No, ale wtedy ze świecą było szukać i tych, którzy kumali, kim jest taka Anna German. A ja wiedziałem i oniemiałem, gdy odkryłem ją wśród longplayów... u dziadków, parę lat wcześniej. Wiedziałem też dobrze, dzięki mojemu Tacie, jak brzmi Electric Light Orchestra, The Moody Blues, Alan Parsons Project. A dzisiaj sięgam po nich znowu i utwierdzam się w przekonaniu, że Tata świetnie wybrał.

Od dłuższego czasu sięgam w muzyce po spokój, stawiam jej zadanie wydobycia ze mnie energii, bądź podjęcia się mojej regeneracji, hyh. Nie szukam w niej opisu rzeczywistości, czy komentarza do niej. Stąd zapewne nie jestem fanem hip-hopu, czy offowego rocka (?). Absolutnie nie kwestionuję ich wartości - lirycznej, muzycznej. Słyszę, widzę, szanuję, ale się nie skomunikowuję, po prostu. 

Męczy mnie za to elektronika, choć to wbrew logice może, bo czerpią z niej łapczywie kontem-plujące: ambient, chillout, czy lounge. Odnajduję się w ich klimacie, ale dość powierzchownie - czysto no name, takie włącz-wyłącz, nie pamiętam. Jest inaczej, tzn. głębiej, pełniej, jeśli słyszę tu dobrze instrumenty tradycyjne. Zapewne w ich (nie)obecności tkwi sedno mojego odbioru.

Co z tego wszystkiego wyziera? Emeryt? Rencista? Wydaje mi się, że bez większych pretensji - ja. I tyle. Tymczasem sięgnąłem znowu po pomoc Jerzego Waldorffa. Opublikował w 1957 roku "Sekrety Polihymnii" - świetne kompendium wiedzy o muzyce; dla tych zwłaszcza, którzy edukacji muzycznej nie posmakowali, albo i jej dotknęli, ale w kiepskim wydaniu. Sięgam więc po egzemplarz Waldorffa - szczególny, bo podarowany mojemu ś.p. Dziadkowi Józefowi Hermanowi (przez kolegów ze Spółdzielni Pracy Instrumentarzy Muzycznych "Ton":) Był skrzypkiem. A jak z płyty słuchał Beethovena, to szło na cały regulator. Dawał czadu!

PS: Chętnym odkrycia talentu Anny German polecam 7 minut tutaj. I jeszcze jeden bonus poniżej:)

20:10, dziennikrozterek , Cóż rzec
Link Komentarze (3) »
środa, 19 listopada 2008
Muska ten moment
D.,
 
ponoć śnieg tej nocy padał w Warszawie. To już ten etap, w mordę. Ostatnie dni przywróciły uleciałe gdzieś odczucie ruchu ludzi wokół. Tak to właśnie nazwę, choć sztywno brzmi - że żyją, że się mają, że chcą poznać i być. I ja z nimi. Skądś wyszli; są wciąż, brakowało mi tego poczucia. To miłe, ale nie takie proste i lekkie. Bo każdemu sporo przyrosło na wadze. Trudniej się przez to uchwycić, albo i obcowanie jest bardziej per konkret - bo wolnej przestrzeni ubyło, weszli w nią inni i właściwe upływowi czasu Sprawy. Tak, to miłe, ale też tak cholernie refleksyjne - na tyle, że zamajaczyła mi gdzieś ostatnio postać Wielkiej Zmarzliny. Ano, to-ta jest takim corocznem straszydłem, z którym z mniejszym, lub większym niepowodzeniem przychodzi się zmagać. Taka wyobcowania tradycja.
 
No, ale! Wbrew prognozom logiki, wbrew obrazowi ostatnich lat, budowanym wedle kalkulacji: winien-ma, miałobyć-jest, dobry-zły, czuję się jednak dość pewnie przed kolejnym rendez vous ze zjadliwym ciemnictwem. W gruncie rzeczy nawet nie czynię sobie żadnych wycieczek, by odgadnąć, skąd taki układ własnych sił. Swoje wiem, przypuszczam, czuję. Boli parę mostów spalonych - najbardziej świadomość, że potrafię być kiepski i ogień zaprószyć. Z drugiej strony, biegiem wypadków staje się tak, że ja biorę naukę z innych, inni biorą naukę ze mnie. Upewniam się w prawdziwości teorii, że ta wymiana się bilansuje, że wraca to, co dane - i dobre, i złe. I że "stopa zwrotu zależy od nakładów inwestycyjnych" - płynie z tego bodziec dla starań o lepsze. W banały wchodzę? A kysz, zarozumiałości! Z dotknięcia takiej oczywistości, jak powyższa - nie na słowo, ale przez tąpnięcie w samoświadomości, odczucia podobnego do posmakowania krwi - rodzi się upragniony ferment. Bez porządków w oczywistościach, otrzeźwieńczej zmiany ni widu, ni słychu, dno.
 
Tyle, wystarczy, bo miało być o czymś innym zupełnie. Może i pospolicie wyszło, a co, taki niezwykły jestem? A pewnie, właśnie spróbowałem być szczery. Dobranoc.
17:23, dziennikrozterek , Mianownik
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 21 października 2008
Świat przez trzy dziurki*

Demokracja. O tym było ostatnio, a potem się działo. Doprawdy, więcej na razie nie będzie. Dostałem nawet dwa maile (ano) – szczerze dziękuję – których autorzy dziwili się moim słowom i diagnozowali wręcz „nutę populistyczną”. Zwłaszcza to ostatnie konkretne i straszliwe, choćby dlatego, że tylko raz, jak dotąd, zostałem sklasyfikowany, jako populista. Przez eksperymentalny program komputerowy, na studiach, podczas doświadczenia maszyny na całkiem żywej myśli. Źle się to dla niej skończyło – że w takiej niejasności, dla czego, Czytelników zostawię. Bez przemocy, lecz ze stanowczą weryfikacją przyjętych uprzednio przesłanek.

Tym razem zaś podstawą było i jest – bo tu ją powtórzę – to, że nie znoszę, gdy władza zapomina o mojej podmiotowości, wkomponowując mnie w jakiś abstrakcyjny byt o kryptonimie „ciemna masa” i kreuje rzeczywistość, w której jest tylko ona i ta niejasna masa. Nie mniej znoszę, gdy okazuje się, że ciemna masa niekoniecznie musi być wytworem cynicznej (vel impertynenckiej) wyobraźni. Taka obrazoburcza paranoja, po prostu. Być może dzięki temu łatwiej zrozumieć, że z tego musi zrodzić się sprzeciw, słuszny gniew. Czasem więc się złoszczę, czasem nie chce mi się milczeć.

Kapitalizm. Nie dochowałem postanowienia o systematyce blogowania, bo zajęło mnie ostatnio bez reszty kompleksowe działanie zwane wdrażaniem nowej strategii rozwojowej, marketingowej, itp. dla firmy. Rzecz dokonała się wreszcie parę dni temu i jej rezultatem, między innymi, jest nowy serwis Fairmedia. Docelowo ma być lepiej. Wiara poparta rozumem żyruje mi kredyt zaufania we własne siły – że tak to ujmę, jak na środek nocy przystało. A co.

Buddyzm. No właśnie, a dlaczego on? Od pewnego czasu próbuję okiełznać zew ducha, któremu najwyraźniej brak czegoś. Wiem, Duchu, wiem o twoim głodzie, czuję go. Nie dziś jeszcze, nie teraz. Wcześniej jeszcze parę pytań, parę chwil spokoju, by w porządku wokół siebie, zająć się tobą.

Taki właśnie wyląduję w Bydgoszczy. Nie wpadnę, lecz wyląduję, bo w jakimś locie jestem. Mało pojętnym dla mnie samego, więc i dla zainteresowanych tymi słowy tym bardziej zapewne. Tak bywa, czasem trudno coś powiedzieć, a co dopiero zrozumieć. Tak, czy siak, emocje moje krążą teraz wokół Camera Obscura. I to całkiem konkretnie.

W środę 22 października, w moim rodzinnym mieście, rozpoczyna się V edycja Międzynarodowego Festiwalu Reportażu Telewizyjnego Camera Obscura. Będę miał przyjemność moderować konferencję „Między korupcją, polityką a misją - czy media publiczne mogą być publiczne?”. Lista gości bogata, ciekawa, wymagająca, z obiecującą paletą poglądów i w odcieniach międzynarodowych. I nasza szczera ambicja, by spojrzeć głębiej. Tak, jak z przyjaciółmi próbowałem uczynić to pięć lat temu (projekt Fairmedia – stare dzieje, ale prawdziwe). Cieszę się z zaproszenia i mam nadzieję, że wyjdzie z Bydgoszczy rzeczowy głos w debacie o publicznych mediach.

Zapraszam! Sobota, godz. 12-17, Sala sesyjna Ratusza, ul Jezuicka 2.

Oficjalna strona Festiwalu.

Szczegółowy program także tu.

 
Źródło: strona organizatorów Festiwalu Camera Obscura | Trailer trzeciej edycji Festiwalu, w 2006 roku.

* Dlaczego "trzy dziurki"? Trochę o tym poniżej, a więcej w Bydgoszczy.

Od 16 października na ulicach Bydgoszczy można oglądać plon Prologu CAMERA OBSCURA. Grafficiarze zainspirowani tekstami Ryszarda Kapuścińskiego w trzech punktach miasta stworzyli gigantyczne wersje camery obscury. Do końca festiwalu każdy może zajrzeć przez otwór i odczytać ukryty tam grafficiarski komunikat. To historie i tematy najbliższe człowiekowi. Podobnie zresztą jest w przypadku tegorocznych reportaży. Oglądając festiwalowy program z lotu ptaka, nietrudno zauważyć, jak bardzo wszystko się ze sobą łączy. I nie chodzi tu tylko o spójność wynikającą z rozplanowania poszczególnych konkursów, sekcji, pokazów, prezentacji i cyklu wydarzeń towarzyszących. Spójność wyłania się tu jako potencjalna zasada organizująca pokazywany świat.

03:02, dziennikrozterek , Cóż rzec
Link Dodaj komentarz »
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 10

Creative Commons License
Treść tego bloga jest dostępna na: licencji Creative Commons: Uznanie autorstwa - Użycie niekomercyjne - Bez utworów zależnych 2.5 Polska.