Kategorie: Wszystkie | Cóż rzec | Mianownik | RE: | SIC!
RSS
niedziela, 02 stycznia 2011
Blog pod nowym adresem

Przeniosłem się na własne włości. Parę miesięcy temu zdecydowałem się reaktywować bloga po ponad rocznej pauzie. W tym czasie przeleciało sporo ciekawych tematów. Najczęściej brakowało mi czasu, albo sił, by wziąć się do rzeczy… Zebrałem się w sobie teraz. To żadne noworoczne postanowienie – po prostu w Sylwestra wypiąłem się na całe okolicznościowe szaleństwo i w kapciach siedziałem w domu w najlepsze. Wystarczyło, by Dziennik ponownie otworzyć. Z dotychczasowej edycji (wciąż dostępnej w blox.pl) wybrałem siedem wpisów – niekoniecznie najbardziej udanych, lecz takich, w których zawarłem najwięcej emocji i myśli dla mnie ważnych. Do każdego z nich przeniosłem wszystkie komentarze. To ślad po tym, co było. A co będzie? To się okaże pod nową domeną.

Zapraszam do odwiedzin: blog.horbulewicz.pl

Blog w nowej odsłonie.

03:36, dziennikrozterek , Cóż rzec
Link Komentarze (5) »
sobota, 05 września 2009
Wieści z frontu

Kiedyś, podczas rodzinnego spotkania, Babcia Hanusia wyjęła z szafki pożółkłe papiery i pokazała nam plany domu. W teczce, obok zatwierdzonego przez bydgoski magistrat projektu, znajduje się dziennik budowy. Zawiera kilkanaście adnotacji kierownika, dokumentujących postęp prac. Jedna nota jest szczególna – należy do mojego pradziadka i potwierdza odbiór przybudówki gospodarczej w stanie surowym. Obok podpisu widnieje data: 23 sierpnia 1939 roku. To ostatni wpis dziennika nigdy nieskończonej budowy. Nigdy niezrealizowanych rodzinnych marzeń.

Historia jest obecna w moim życiu dużo bardziej, niż bym chciał, niż często staram się pokazać – innym i sobie. Z wiarą i ochotą przyjmuję postępowe postulaty, ulegam magii zaklęcia: „wybierz przyszłość”. W niej widzę osobisty sukces, pełnię szczęścia. Wybór wydaje się tak oczywisty. Ale teraz – w czasie wielkiego happeningu wielkich rocznic – znowu dociera do mnie, jak złudne to wrażenie. Refleksja ostatnich dni dobitnie pokazuje, jak trudno przychodzi obrać, tak po prostu, mentalny kurs na przyszłość. Jak uwikłany jestem w narodową traumę II wojny światowej i powojennego dramatu.

Uświadamiam sobie, że tamten czas pozostaje nieprzepracowanym wciąż rozdziałem, że mocno obecny jest w mojej świadomości – człowieka 28-letniego, któremu, zdawałoby się, nic już do tego! Dlaczego? Trafia w sedno Stefan Wagstyl w tekście, który opublikował Financial Times w przededniu rocznicy („Cień Stalina wciąż wisi nad Europą Wschodnią”). Stwierdził w nim m.in.:

„W Europie Zachodniej wojna nie budzi już takich emocji, bowiem przez dziesiątki lat toczyła się tam debata wokół kwestii kontrowersyjnych, w rodzaju porozumienia monachijskiego. Ponadto Niemcy, główny wróg sojuszników zachodnich, dokonały bezprecedensowego rachunku sumienia (…). W przeciwieństwie do tego, Polacy i inni wschodni Europejczycy rozpoczęli takie debaty dopiero po 1989 roku. Było mało czasu na oddanie czci bohaterom, nie mówiąc już o zajęciu się sprawami drażliwymi (…)”.

Ton zrozumienia dominował zresztą w relacjach zachodniej prasy z obchodów na Westerplatte. Tym bardziej odczułem satysfakcję po wystąpieniu Lecha Kaczyńskiego podczas głównych uroczystości. Machnąłem ręką na jego obsesje polityczne (np. zrównał wojnę gruzińsko-rosyjską z agresją ZSRR na Polskę we wrześniu 1939). Bardziej przemówił do mnie, niż słuszne słowa Tuska o wolności, zamiast zniewolenia, o miłości, zamiast nienawiści. Kaczyński wykrzyczał to, co siedzi w wielu, jak myślę, Polakach. To wciąż niezaspokojona potrzeba wyrzucenia z siebie krzywdy, odreagowywanie odczucia, że świat mało wie o niewysłowionej ofierze i stratach, jakie ponieśli obywatele Polski w II wojnie światowej. O naszej katastrofie – w wojnie i powojniu. O katastrofie, w cieniu której żyjemy do dziś…

Znajomi wiedzą, że zżymam się na tromtadrackich patriotów, bogoojczyźniane akademie, życzę opamiętania opętanym manią rozliczeń, ale też szlag mnie trafia, gdy obcuję z ignorancją tych, dla których wycie rocznicowych syren czy salwy honorowe są ledwie fajerwerkiem. Ot, reakcja alergiczna na tuman w głowach… A funkcjonujemy w ciężkostrawnej mieszance najprawdziwszej martyrologii, mitów zgubnych, autentycznych osiągnięć i kłamliwej propagandy. Potwierdzają te obserwacje wyniki badań polskiej pamięci II wojny światowej (przeprowadzone przez Pentor na życzenie Muzeum II Wojny Światowej). Tym nie mniej w swoich odczuciach wychodzę hen, daleko, poza rocznicę wybuchu wojny i odnoszę się do całości naszych wewnętrznych sporów (para) historycznych.

W politycznej codzienności bawimy się zbiorową pamięcią, zapominając, jak kluczową wartość dla każdego z nas, z osobna, ma jego własna. Jak głusi i ślepi jesteśmy bez niej. Bagatelizujemy kwestię tego, co wspólne; jak w peerelowskim podejściu do własności publicznej, którą można olać, bo „co państwowe to nie moje, a więc niczyje”. Płacimy cenę za polsko-centryczną arogancję i za bałagan, jaki zrobiła w naszych głowach komuna, degradując wolność myślenia i kulturę pamięci. Trudno z tym wszystkim uporać się, gdy zewsząd słychać: do przodu, pędź przed siebie, przeszłość to obciach.

Zaskakujące zresztą, że ten obciach w pierwszych skojarzeniach równa się zwykle martyrologicznej sztampie w konsumowaniu historii. Dużo trudniej przychodzi go skojarzyć z naszą winą. Naszym wstydem. O ile Putin perfidnie manipuluje, zarzucając Polakom słabość do jednobarwnego malowania własnej historii, o tyle trudno taki zarzut na serio odrzucić. Z wielkich debat wokół naszego historycznego niechlubnego bagażu mieliśmy do tej pory jedną w zasadzie – wywołaną sprawą Jedwabnego. Tymczasem to, co wyniosłem ze szkoły podstawowej, liceum czy studiów nawet na temat stosunku II RP do Ukraińców, Litwinów czy Czechów trudno nazwać przyzwoitym edukowaniem. Przynajmniej moralna dwuznaczność przekazu, jaki pamiętam z lat szkolnych, każe zadać pytanie nie tyle o to, co wiemy, ale co chcemy wiedzieć.

W sierpniu, na kanwie sporu o przejazd przez Polskę Ukraińców śladem Stefana Bandery, w Newsweeku ukazał się pouczający tekst dr Andrzeja Krajewskiego „Za wolność naszą, nie waszą”. Autor stawia w nim i obrazowo udowodnia tezę, że „Druga Rzeczpospolita uczyniła wiele, aby Ukraińcy stali się śmiertelnymi wrogami Polaków. A co gorsza, nauczyła ich, jak walczyć ze znienawidzonym ciemięzcą”. Od zdrady Ukraińców w traktacie ryskim, przez wegetację tysięcy ukraińskich żołnierzy w polskich obozach internowania, głupotę polskich akcji osiedleńczych na Wołyniu, przymusową polonizację i siłowe odpowiedzi na ukraińskie aspiracje w zakresie własnego szkolnictwa, samorządności, religii i języka, aż do pacyfikacji galicyjskich wsi w odpowiedzi na akty terroru ukraińskich radykałów czy przymuszanie chłopów bagnetem do przyjęcia katolickich sakramentów. Chciałbym zobaczyć analizę tego tekstu na lekcjach historii w polskich gimnazjach i liceach… Krytyczną odtrutkę na apologetyczną wizję polityki II RP (także w kontekście stosunków z Litwą i Czechami) przynosi również rozmowa z prof. Włodzimierzem Borodziejem w ostatnim Dużym Formacie – dodatku do Gazety Wyborczej („Ten straszny rok 1939”).

W takich dniach, jak obecne, nie godzi się deprecjonować potrzeby wykrzyczenia bólu przez tych, lub w imieniu tych, którzy nie mogli zrobić tego przez 45 powojennych lat. A w najlepszym razie swoje żale mogli kierować tylko na zachód. Jednakże pośród licznych dyskusji o dramacie osamotnienia Polski we wrześniu 1939, w litaniach oburzenia na noworosyjskie zakłamanie, zdecydowanie za mało jest wysiłku wejścia głębiej w bolączki własnej pamięci. W tym przypadku, perspektywa 70 lat, a zwłaszcza 20 lat wolnej proeuropejskiej Polski powinna wystarczyć, byśmy wzięli się za to na serio.

Na koniec cytat z Tomasza Jastruna, który we wspomnianym wydaniu Newsweeka podzielił się refleksją na okoliczność kolejnych obchodów wybuchu Powstania Warszawskiego – a dokładniej tego, czemu zaczyna mu być z tym powstaniem tak niewygodnie. Napisał komentarz, którym można potraktować i świeżą jeszcze rocznicę, i najbliższą, warto nim domknąć również moją próbę uczesania myśli, z jakimi przyglądam się kampanii wrześniowej – 70 lat później.

„Hodowaliśmy nasze mity w latach niewoli, były potrzebne i w końcu wygrały razem z nami. Przegramy jednak wolność, jeśli za bardzo przywiążemy się do celebrowania swoich klęsk. Jadąc mostem Poniatowskiego, widzę las dźwigów nad budową stadionu narodowego i zręby oraz zęby Centrum Kopernika nad Wisłą. Te budowy to najbardziej właściwa odpowiedź, jak uszanować poległych”.

16:24, dziennikrozterek , Cóż rzec
Link Komentarze (1) »
poniedziałek, 13 lipca 2009
Videoblog: Misja publiczna

Ile jest warta misja publiczna? W takim np. internecie – przestrzeni realnego całkiem biznesu? Postanowiłem to zbadać. Wystarczy wejść na stronę pierwszego lepszego rejestratora domen i sprawdzić dostępność jednej takiej… „Misjapubliczna.pl” osiągalna jest od ręki i bez potrzeby wydatkowania na nią choćby złamanego grosza.


Temat podjęty w videoblogu - w wersji krótszej:)


Czy to nie dziwne, że w czasie gorącej dyskusji o przyszłości mediów publicznych, tak atrakcyjny adres pozostaje niezagospodarowany? Wydawałoby się, że jest wymarzoną opcją na – przynajmniej – zaakcentowanie obecności przez tych, którzy przestrzegają przed ostatecznym upadkiem mediów publicznych, a wraz z nimi pogrzebaniem misji publicznej. Organizują siły, próbują pozyskać dla sprawy społeczeństwo, wystosowują listy otwarte, biją na alarm.

Kwestii domeny nie przypisuję przesadnego znaczenia, ale obrazuje to sytuację, w jakiej jesteśmy. Odnoszę wrażenie, że dyskusja o mediach publicznych i ich misyjności interesuje wąski krąg ludzi bezpośrednio z nimi związanych – dla których jest źródłem zarobków i/lub wpływów. Co więcej, ich spojrzenie zdaje się cechować dwudziestowieczna perspektywa.

Jeśli spojrzeć na internet, jako przestrzeń przedsiębiorczych ludzi, czujących współczesny świat i dostrzegających kierunek jego rozwoju; jeśli zerknąć na internet przede wszystkim, jako medium obywatelskie, tym bardziej ukłuje w oczy brak w nim szerszego grona ludzi zorganizowanych choćby pod hasłem „misja publiczna”. Czego może to dowodzić?

Media na kulawych nogach

Poważnie rzecz nazwał dr Karol Jakubowicz, który współ-wprowadził w Polsce pojęcie mediów publicznych. To kryzys prawomocności istnienia – jeden z sześciu zresztą kryzysów, w jakich znajduje się Telewizja Polska. Oto krótki fragment jego wystąpienia sprzed półtora roku, na konferencji „Media publiczne – media obywatelskie w otoczeniu wolnorynkowym”:

„Media publiczne stoją na dwóch nogach, jakby powiedział klasyk, na nodze woli politycznej i na nodze poparcia społeczeństwa. (…) I jeśli ludzie uznają media publiczne za swoje, jeśli dostrzegą wartość, której nie chcieliby stracić, będą płacić abonament”. A jak dobrze wiemy – w zdecydowanej większości dzisiaj nie płacą. Tą miarą można wysnuć wniosek, od czego akurat dr Jakubowicz zdystansował się, ale założył taką możliwość, iż mamy do czynienia ze „zmęczeniem społeczeństwa wizją niezależnych, wspaniałych mediów publicznych, która jakoś nie może zostać zrealizowana. To zmęczenie może prowadzić do odrzucenia samej wizji, samej koncepcji”. Dziś wiemy: na Polki i Polaków przestało działać zaklinanie słowami: bez opłacenia abonamentu tego to a takiego programu więcej nie zobaczysz.

Niespełna rok temu, w ramach festiwalu Camera Obscura, moderowałem konferencję „Między korupcją, polityką, a misją – czy media publiczne mogą być publiczne?”. Naprawdę świetni goście i takie też wystąpienia. Najwięcej uwagi poświęciliśmy przyszłości mediów publicznych, zwłaszcza w kontekście treści tworzonej wówczas ustawy medialnej. Powiem tak: w toku tych rozważań zapragnąłem na powrót dotknąć ziemi.

W pewnym momencie próbowałem sprowadzić rozmowę na tor, gdzie ktoś zaryzykuje i spojrzy na media publiczne, jako byt przeszłości, a przynajmniej na coś, co wymaga nowej interpretacji. Bo obok starszych ludzi, którzy lojalnie łożą daninę na rzecz TVP, drugą grupą, którą media publiczne powinny hołubić są moi równolatkowie i młodsi – zwłaszcza oni. A ci siedzą w necie i to tu szukają dla siebie pożywki. Pytanie o sens rozważań, prowadzonych bez takiego punktu odniesienia, zbyto milczeniem. Być może spytałem zbyt cicho, a być może to pytanie z rodzaju tych, których lepiej nie słyszeć?

Dlaczego? Taka misja – co to jest? Z czym do kogo? W rozumieniu, które sobie przyswoiłem, misja nadaje organizacji tożsamość, charakter. Dla firmy misja to unikalny powód jej istnienia. Jaki jest ten unikalny powód dla telewizji publicznej? Jeśli misja jest niezawisłą wartością, to po kiego czorta mamy wiązać ją z jakimś przedsiębiorstwem na licencji wyłączności; tym bardziej, że próbujemy tego od 20 lat i kiepsko nam to wychodzi. A skoro tak, to może TVP nie jest potrzebna?

Doda ucieleśnia misję... publiczną

Raz jeszcze dr Jakubowicz – w klarownej diagnozie słabości Telewizji Polskiej, rzutujących na jej problemy z uskutecznianiem misji, wskazuje na kryzys „państwowej polityki medialnej, czyli braku tejże polityki. Bierze się on ze sprzeczności między zadaniami ustawowymi nałożonymi na media publiczne przez państwo, w tym apolityczności, niezależności i bezstronności, a działaniami tego samego państwa, polegającymi na zawłaszczaniu politycznym i partyjnym mediów publicznych przez kolejne ekipy”.

Po drugie przekleństwem TVP jest formuła spółki prawa handlowego, która „zniechęca zarząd do koncentracji na misji, bo to obniża wyniki gospodarcze, co w świetle prawa handlowego jest działaniem na szkodę spółki”. (…) Ta formuła usuwa odpowiedzialność nadawców publicznych i władz za właściwą realizację misji publicznej, poddaje nadawców publicznych tym samym rygorom finansowym i podatkowym, co przedsiębiorstwa rynkowe”.

Po trzecie, co wynika wprost z powyższego, telewizja publiczna jest tak zależna od reklamy, że musi nadawać „Gwiazdy tańczą na lodzie” z Dodą, jako nomen omen ucieleśnieniem misji. Reklama utrzymuje TVP w osiemdziesięciu procentach! „To jest właśnie – jak stwierdza pan Jakubowicz – misja samobójcza”. Telewizja Polska jest zmuszona utrzymywać jeden z najwyższych udziałów w rynku w Europie, jeśli idzie o telewizję publiczną, by zdobywać pieniądze z reklamy.

Przypominam sobie teraz satyryczny komentarz do gorących dyskusji nad kondycją TVP za czasów prezesury Roberta Kwiatkowskiego. Henryk Sawka popełnił wtedy rysunek z ponętną, by nie rzec wyuzdaną panią przepasaną wstęgą, niczym miss – tyle, że z tytułem Telewizja Publiczna. Prężyła swą pierś przed dziennikarzem, który pyta ją wymownie: "Jest pani bardziej telewizja, czy bardziej publiczna"?

Nie ma rady na molocha?

Do tego wszystkiego dochodzą koszty. Każdy, kto choć raz był na Woronicza i przechadzał się legendarnymi korytarzami, lub błądził po hektarach tego królestwa, musiał w końcu zapytać: po co to wszystko? W całej Europie trudno znaleźć nadawców publicznych o takiej skali działania. Według dr. Jakubowicza, „gdybyśmy nawet osiągnęli pełną ściągalność abonamentu, to wpływy z niego i tak nie pokryłyby całych kosztów Telewizji Polskiej. (…) Nie da się zredukować skali zależności od reklamy, bez obniżenia kosztów, czyli bez zmniejszenia skali działania”. Tymczasem żaden nadawca publiczny w Europie nigdy nie zreformował się sam. Tu musi pojawić się państwo z przemyślaną reformą. I tak oto koło się zamyka, a my lądujemy w obecnej zawierusze z ustawą medialną.

Jest ona dla mnie jednym z licznych przejawów politycznej rozgrywki, gdzie akurat najmniej chodzi o dobro publiczne. Podobnie, jak z lustracją, zaliczam się do tego grona, które widzi słuszność idei, ale po 20 latach ściemniania i tą ideą manipulowania, utraciło wiarę w jej urzeczywistnienie. Ciszej nad tą trumną, chciałoby się powiedzieć. Jako sympatyk demokratycznych mediów próbuję jednak zbudować konstruktywny pogląd tak na ich sytuację i sposób zaradzenia obecnej beznadziei. I myślę sobie tak:

Po pierwsze należałoby zrównać z ziemią cały ten moloch telewizyjny. Bezcenny dorobek TVP powinien trafić pod opiekę państwowych archiwów. Po drugie, na gruzach powinna powstać skrojona racjonalną miarą stacja publiczna (lub dwie), od reklam wolna, lub związana z nimi w wymiarze pokrywającym koszta administracyjne. Po trzecie, główne finansowanie powinno być gwarantowane stałym udziałem w PKB, lub z małej, ale obowiązkowej i egzekwowalnej daniny, wpisanej np. w opłaty za prąd. Po czwarte, idąc tropem licencji programowych, część środków w dyspozycji Ministerstwa Kultury byłoby dystrybuowanych w drodze konkursów dla wszystkich nadawców. A zatem beneficjentami kasy na misję publiczną powinny być również stacje komercyjne. Po piąte, społeczeństwo powinno mieć realną kontrolę nad swoimi mediami, tzn. pełny dostęp do raportów finansowych i programowych, a ich odrzucenie przez kompetentne organa nadzoru powinno skutkować odwołaniem szefostwa stacji.

Misja publiczna – mission impossible? Niekoniecznie. Posiłkując się treścią misji BBC, stawianej przez wielu za wzór, naszą można by zawrzeć w sześciu punktach: wzmacniać społeczeństwo obywatelskie; promować oświatę i naukę; stymulować twórczość i osiągnięcia kultury; przedstawiać Polsce jej regiony, mniejszości i społeczności lokalne; utrzymywać kontakt z Polonią i przedstawiać Polskę światu, a świat Polsce. Wreszcie – realizując te cele, wspomagać rozwój nowych technologii.

Słabe punkty

Moje tyrady słowne mają oczywiście słaby punkt. Jest nim publiczne radio. Dużo łatwiej przychodzi mi budować pogląd nt. telewizji, trudniej w odniesieniu do radia. Wymówię się, póki co, limitem słów – i tak przekroczyłem go w tym tekście ponad założoną miarę. Zakładam więc ciąg dalszy i wtedy do sprawy radia wrócę. Z sympatią…

Zmierzając do pointy. Problem z rozstrzygnięciem kwestii tożsamości mediów publicznych, poza wszystkim, o czym już powiedziałem, wynika w części i z tego, że tkwimy gdzieś pomiędzy epokami. Dostęp do internetu w Polsce nie jest jeszcze na tyle powszechny i w takiej jakości, by można go było traktować na równi z bardzo mocną wciąż telewizją. Z drugiej strony jesteśmy zakładnikami strasznego rozpolitykowania, co nie sprzyja rzeczowemu podejściu do mediów, jako kluczowego składnika wielkiej cywilizacyjnej przemiany, jakiej wszyscy doświadczamy. Jak gdyby wciąż zbyt mało osób dostrzegało choćby telewizję z funkcją: zatrzymaj i przewiń, jakby nie wszyscy dostrzegli rewolucję, jaka zaczęła się wraz z internetem, ipodami i innymi nowinkami przełomu wieków.

Dramatem tej, jak i wielu innych ważnych debat w Polsce jest także postawa mediów – komercyjnych przede wszystkim. I nie idzie mi o to, że w tym przypadku są stroną w konflikcie interesów. To zarzut w stronę dziennikarzy, którzy w swojej masie zdają się iść po najmniejszej linii oporu i niby-relacjonując dyskusję, lenią się przed głębszą refleksją. Na antenę trafia więc z zasady paru efekciarskich pyskaczy, do obrzydzenia eksploatujących utarte slogany i tyle. Tak najprościej. Tymczasem w środowisku dziennikarzy, w toku intensywnych debat o formule mediów publicznych w Polsce, zrodziło się wiele bardzo sensownych pomysłów. Ale kto, jak nie samo środowisko, może je nagłośnić? Media sprawę zawaliły. Fikcją okazuje się nie tylko dziennikarska solidarność, ale i odpowiedzialność czwartej władzy.

To z tylsza. Miałem ambitny zamiar zaprosić Oddane Czytelniczki i Oddanych Czytelników do dyskusji. Choćby takiej, w której ktoś odczaruje hasło klucz: misja publiczna. Ale – primo – trza by dotrzeć do tego miejsca (dziękuję i gratuluję), secundo – trza by być zainteresowanym tematyką, wreszcie – widzieć sens takiej rozmowy. Wszystkim zdeterminowanym polecam stenogram z konferencji „Media publiczne – media obywatelskie w otoczeniu wolnorynkowym” dostępny pod tym adresem, m.in. z interesującym wystąpieniem dr. Jakubowicza – ze znawstwem i klarownie wyłożonym poglądem, wobec którego trudno przejść bez przyklaśnięcia bądź polemiki.

Post scriptum

Acha, a domenę „misja publiczna” właśnie zarejestrowałem – tak „na w razie czego”. Chętnych, do wypełnienia jej treścią, ludzi z poczuciem misji i wizją, zachęcam do kontaktu. Oddam w dobre ręce – bez targów.

15:57, dziennikrozterek , Cóż rzec
Link Komentarze (2) »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 10

Creative Commons License
Treść tego bloga jest dostępna na: licencji Creative Commons: Uznanie autorstwa - Użycie niekomercyjne - Bez utworów zależnych 2.5 Polska.