Blog > Komentarze do wpisu
Wieści z frontu

Kiedyś, podczas rodzinnego spotkania, Babcia Hanusia wyjęła z szafki pożółkłe papiery i pokazała nam plany domu. W teczce, obok zatwierdzonego przez bydgoski magistrat projektu, znajduje się dziennik budowy. Zawiera kilkanaście adnotacji kierownika, dokumentujących postęp prac. Jedna nota jest szczególna – należy do mojego pradziadka i potwierdza odbiór przybudówki gospodarczej w stanie surowym. Obok podpisu widnieje data: 23 sierpnia 1939 roku. To ostatni wpis dziennika nigdy nieskończonej budowy. Nigdy niezrealizowanych rodzinnych marzeń.

Historia jest obecna w moim życiu dużo bardziej, niż bym chciał, niż często staram się pokazać – innym i sobie. Z wiarą i ochotą przyjmuję postępowe postulaty, ulegam magii zaklęcia: „wybierz przyszłość”. W niej widzę osobisty sukces, pełnię szczęścia. Wybór wydaje się tak oczywisty. Ale teraz – w czasie wielkiego happeningu wielkich rocznic – znowu dociera do mnie, jak złudne to wrażenie. Refleksja ostatnich dni dobitnie pokazuje, jak trudno przychodzi obrać, tak po prostu, mentalny kurs na przyszłość. Jak uwikłany jestem w narodową traumę II wojny światowej i powojennego dramatu.

Uświadamiam sobie, że tamten czas pozostaje nieprzepracowanym wciąż rozdziałem, że mocno obecny jest w mojej świadomości – człowieka 28-letniego, któremu, zdawałoby się, nic już do tego! Dlaczego? Trafia w sedno Stefan Wagstyl w tekście, który opublikował Financial Times w przededniu rocznicy („Cień Stalina wciąż wisi nad Europą Wschodnią”). Stwierdził w nim m.in.:

„W Europie Zachodniej wojna nie budzi już takich emocji, bowiem przez dziesiątki lat toczyła się tam debata wokół kwestii kontrowersyjnych, w rodzaju porozumienia monachijskiego. Ponadto Niemcy, główny wróg sojuszników zachodnich, dokonały bezprecedensowego rachunku sumienia (…). W przeciwieństwie do tego, Polacy i inni wschodni Europejczycy rozpoczęli takie debaty dopiero po 1989 roku. Było mało czasu na oddanie czci bohaterom, nie mówiąc już o zajęciu się sprawami drażliwymi (…)”.

Ton zrozumienia dominował zresztą w relacjach zachodniej prasy z obchodów na Westerplatte. Tym bardziej odczułem satysfakcję po wystąpieniu Lecha Kaczyńskiego podczas głównych uroczystości. Machnąłem ręką na jego obsesje polityczne (np. zrównał wojnę gruzińsko-rosyjską z agresją ZSRR na Polskę we wrześniu 1939). Bardziej przemówił do mnie, niż słuszne słowa Tuska o wolności, zamiast zniewolenia, o miłości, zamiast nienawiści. Kaczyński wykrzyczał to, co siedzi w wielu, jak myślę, Polakach. To wciąż niezaspokojona potrzeba wyrzucenia z siebie krzywdy, odreagowywanie odczucia, że świat mało wie o niewysłowionej ofierze i stratach, jakie ponieśli obywatele Polski w II wojnie światowej. O naszej katastrofie – w wojnie i powojniu. O katastrofie, w cieniu której żyjemy do dziś…

Znajomi wiedzą, że zżymam się na tromtadrackich patriotów, bogoojczyźniane akademie, życzę opamiętania opętanym manią rozliczeń, ale też szlag mnie trafia, gdy obcuję z ignorancją tych, dla których wycie rocznicowych syren czy salwy honorowe są ledwie fajerwerkiem. Ot, reakcja alergiczna na tuman w głowach… A funkcjonujemy w ciężkostrawnej mieszance najprawdziwszej martyrologii, mitów zgubnych, autentycznych osiągnięć i kłamliwej propagandy. Potwierdzają te obserwacje wyniki badań polskiej pamięci II wojny światowej (przeprowadzone przez Pentor na życzenie Muzeum II Wojny Światowej). Tym nie mniej w swoich odczuciach wychodzę hen, daleko, poza rocznicę wybuchu wojny i odnoszę się do całości naszych wewnętrznych sporów (para) historycznych.

W politycznej codzienności bawimy się zbiorową pamięcią, zapominając, jak kluczową wartość dla każdego z nas, z osobna, ma jego własna. Jak głusi i ślepi jesteśmy bez niej. Bagatelizujemy kwestię tego, co wspólne; jak w peerelowskim podejściu do własności publicznej, którą można olać, bo „co państwowe to nie moje, a więc niczyje”. Płacimy cenę za polsko-centryczną arogancję i za bałagan, jaki zrobiła w naszych głowach komuna, degradując wolność myślenia i kulturę pamięci. Trudno z tym wszystkim uporać się, gdy zewsząd słychać: do przodu, pędź przed siebie, przeszłość to obciach.

Zaskakujące zresztą, że ten obciach w pierwszych skojarzeniach równa się zwykle martyrologicznej sztampie w konsumowaniu historii. Dużo trudniej przychodzi go skojarzyć z naszą winą. Naszym wstydem. O ile Putin perfidnie manipuluje, zarzucając Polakom słabość do jednobarwnego malowania własnej historii, o tyle trudno taki zarzut na serio odrzucić. Z wielkich debat wokół naszego historycznego niechlubnego bagażu mieliśmy do tej pory jedną w zasadzie – wywołaną sprawą Jedwabnego. Tymczasem to, co wyniosłem ze szkoły podstawowej, liceum czy studiów nawet na temat stosunku II RP do Ukraińców, Litwinów czy Czechów trudno nazwać przyzwoitym edukowaniem. Przynajmniej moralna dwuznaczność przekazu, jaki pamiętam z lat szkolnych, każe zadać pytanie nie tyle o to, co wiemy, ale co chcemy wiedzieć.

W sierpniu, na kanwie sporu o przejazd przez Polskę Ukraińców śladem Stefana Bandery, w Newsweeku ukazał się pouczający tekst dr Andrzeja Krajewskiego „Za wolność naszą, nie waszą”. Autor stawia w nim i obrazowo udowodnia tezę, że „Druga Rzeczpospolita uczyniła wiele, aby Ukraińcy stali się śmiertelnymi wrogami Polaków. A co gorsza, nauczyła ich, jak walczyć ze znienawidzonym ciemięzcą”. Od zdrady Ukraińców w traktacie ryskim, przez wegetację tysięcy ukraińskich żołnierzy w polskich obozach internowania, głupotę polskich akcji osiedleńczych na Wołyniu, przymusową polonizację i siłowe odpowiedzi na ukraińskie aspiracje w zakresie własnego szkolnictwa, samorządności, religii i języka, aż do pacyfikacji galicyjskich wsi w odpowiedzi na akty terroru ukraińskich radykałów czy przymuszanie chłopów bagnetem do przyjęcia katolickich sakramentów. Chciałbym zobaczyć analizę tego tekstu na lekcjach historii w polskich gimnazjach i liceach… Krytyczną odtrutkę na apologetyczną wizję polityki II RP (także w kontekście stosunków z Litwą i Czechami) przynosi również rozmowa z prof. Włodzimierzem Borodziejem w ostatnim Dużym Formacie – dodatku do Gazety Wyborczej („Ten straszny rok 1939”).

W takich dniach, jak obecne, nie godzi się deprecjonować potrzeby wykrzyczenia bólu przez tych, lub w imieniu tych, którzy nie mogli zrobić tego przez 45 powojennych lat. A w najlepszym razie swoje żale mogli kierować tylko na zachód. Jednakże pośród licznych dyskusji o dramacie osamotnienia Polski we wrześniu 1939, w litaniach oburzenia na noworosyjskie zakłamanie, zdecydowanie za mało jest wysiłku wejścia głębiej w bolączki własnej pamięci. W tym przypadku, perspektywa 70 lat, a zwłaszcza 20 lat wolnej proeuropejskiej Polski powinna wystarczyć, byśmy wzięli się za to na serio.

Na koniec cytat z Tomasza Jastruna, który we wspomnianym wydaniu Newsweeka podzielił się refleksją na okoliczność kolejnych obchodów wybuchu Powstania Warszawskiego – a dokładniej tego, czemu zaczyna mu być z tym powstaniem tak niewygodnie. Napisał komentarz, którym można potraktować i świeżą jeszcze rocznicę, i najbliższą, warto nim domknąć również moją próbę uczesania myśli, z jakimi przyglądam się kampanii wrześniowej – 70 lat później.

„Hodowaliśmy nasze mity w latach niewoli, były potrzebne i w końcu wygrały razem z nami. Przegramy jednak wolność, jeśli za bardzo przywiążemy się do celebrowania swoich klęsk. Jadąc mostem Poniatowskiego, widzę las dźwigów nad budową stadionu narodowego i zręby oraz zęby Centrum Kopernika nad Wisłą. Te budowy to najbardziej właściwa odpowiedź, jak uszanować poległych”.

sobota, 05 września 2009, dziennikrozterek

Polecane wpisy

  • Videoblog: Po Paradzie

    Długo przymierzałem się do uruchomienia swojego videobloga. Bo najpierw chciałem przebudować własną stronę, zrobić porządki na biurku i kupić świeżą ziemię dla

  • Kontrofensywa (3)

    Jeszcze trochę i będzie zielono. Nastania wiosny kalendarzowej nigdy nie celebrowałem, czekając tęsknie, aż ją poczuję. Się człowiek zmienia wciąż i wczoraj pos

  • Kontrofensywa (2)

    Nie będzie wiele słów, bo staram się je teraz zaangażować w innym wymiarze. Będą zdjęcia - oto kontrofensywy odsłona druga. Tym razem, prosząc wyobraźnię o wysi

TrackBack
TrackBack URL wpisu:
Komentarze
2009/09/06 19:25:05
Mądre słowa. Dowcip polega na tym, że głównym rysem Polaków, o czym się nie mówi głośno, jest ich zamiłowanie do anarchii oraz żerowanie na cnocie honoru - my nigdy nie prowadziliśmy wojen zdobywczych, ale broniliśmy naszej ziemi. Głupio teraz przyznać, że i my byliśmy raz czy dwa czarnym charakterem historii - ten fakt niełatwo przetrawić. Nie twierdzę, że mamy same wady, ale, jak pokazują dowody - również nie same zalety.

Creative Commons License
Treść tego bloga jest dostępna na: licencji Creative Commons: Uznanie autorstwa - Użycie niekomercyjne - Bez utworów zależnych 2.5 Polska.