Blog > Komentarze do wpisu
Czego słucham?

Parę miesięcy temu odważyłem się na jedyną, jak dotąd, wycieczkę muzyczną w blogu. Powspominałem wtedy Jasona Donovana, o co sam zresztą się prosił, bo się ożywił publicznie. No, ale gdyby na tym poprzestać, to reputacja mojego muzycznego gustu mogłaby ucierpieć... jednak. Niby reputację taką mam, cytując Pana Majstra "w głębokim poważaniu", tym nie mniej, skoro próbuję się tutaj uzewnętrzniać, to czegoś w tym procesie brakuje. Ale teraz brakować przestanie. Grypę leczę akuratnie budowaniem playlisty radiowej (tak, tak, tak, już za dni parę startuję z Miszkafe!) i po przebraniu dziesiątek kawałków, natchnęło mnie, by dać światu wykładnię ogólnego poglądu na to, czego słucham. Że tak to ujmę.

W tej dziedzinie nie jestem doktrynerem. W moim przypadku sprawdza się podejście wg prostego klucza: muzyka podoba mi się, albo nie. Podchodzę do niej przez pryzmat relacji między dźwiękiem a moimi odczuciami, nie zaś metodą gatunków. Te, jako kategorie, mają tą jednak korzyść, że często intrygują samą nazwą, zachęcają do spróbowania czegoś nowego, eksperymentu z poszerzaniem gustów. Kiedyś na przykład "house" brzmiał mi domem jedynie. Dostrzegłwszy go wśród muzycznych etykiet, ciekaw byłem związku i dziś jest to jeden z wielu przykładów "zreformowania" moich skojarzeń. Dokonaniem tem się szczycę.

Takowoż, jakoś się złożyło, że w mojej chmurce muzycznych tagów, najwięcej znajdzie się klasyki i jazzu; mniej liryki, popu, rocka, bluesa; śladowo elektroniki, czy przywołanego już house. Rzecz jasna, nie zawsze tak było. Choć myślę, że skoro muzykę klasyczną w mojej rodzinie zawsze lubiano, to od dziecka stawałem się podatny na jej smak. Rzecz nie w gorliwym, czy melomańskim edukowaniu mnie przez rodziców i dziadków, lecz w tym, że po prostu ta muzyka zawsze nam grała. I grają niezmiennie przede wszystkim: Beethoven, Chopin, Ravel, Mieczysław Karłowicz, Claude Debussy, Saint-Saens, Dvorak, dawniej bardziej też Straussowie. A obok nich Handel i Bach - choć barok akurat miał u mnie zawsze wyraźny limit słuchalności, różny w zależności od okoliczności, wyraźnie jednak odczuwalny.

Do jazzu musiałem dorosnąć. (Podobnie, jak do filmów przyrodniczych - widzę tu ścisły związek. To dwa obiekty szczerej niechęci żywionej jeszcze w początkach liceum. Dzisiaj - uwielbienia.) Mam autentyczną radość z ciągłego odkrywania jego kolejnych wymiarów. Preferuję tradycyjny, pod odkrytą na własną rękę marką dinozaurów, takich jak: Ella Fitzgerald, Nat King Cole, Sarah Vaughan, Etta James, Count Basie, Louis Armstrong, Billie Holiday, Duke Ellington, Dizzy Gillespie. Opery nie pomijam, ale poruszam się w niej ariami jedynie - ulubionymi z tych dzieł, które poznałem. I w tym przypadku rządzi uniwersalny klucz: coś trafia do mnie, albo nie. Często wracam do arii "Sempre libera" z Traviaty Verdiego. Wielu kojarzy ją zapewne z "Priscilli - królowej pustyni". Zerknąłem do YouTube, ale nie znalazłem tam sceny z tego filmu, ani wykonania, które usłyszałem jako pierwsze. Wklejam więc link do nagrania Marii Callas.

Ano, ano, irytujący jest ten szufladkowy porządek. De facto sporo prawdy leży w tym, co dzieje się na pograniczu gatunków - np. jazzu, bluesa, popu i rocka, ale też wielu połączeń pomiędzy dwoma ostatnimi a klasyką (sic). Pomiędzy gatunkami trwają George Gershwin, czy Ernesto Lecuona - kolejne nazwiska z mojej najważniejszej listy. A stąd nie tak znowu daleko do muzyki filmowej - tu zwłaszcza: Gustavo Santaolalla (i to wcale nie za sprawą Brokeback Mountain), Thomas Newman, John Williams, czy Michał Lorenc. W tym rozdziale, jednym ciągiem, muszę wymienić Preisnera (ale tylko dzięki... "Kolędom na koniec wieku"), musicale Andrew Lloyda Webbera, błyskotliwość Jacquesa Loussiera, świeżość Leszka Możdżera, Marianne Faithfull, Rufusa Wainwrighta, pazur i klasę Astora Piazzolli.

Miałem okres fascynacji tym, co nowe i masowe. Wciąż świetnie pamiętam moment przełomu. Późno, w czasach ogólniaka (między 2 a 3 klasą) kuzynka posadziła mnie przed telewizorem, włączyła MTV i powiedziała, że muszę nadrobić spore zaległości. Tak było! Została po tym słabość do Spice Girls, przywiązanie do Madonny i Robbiego Williamsa. No i paru boysbandów, oczywista. Odtąd zacząłem orientować się w tym, czego słuchali moi rówieśnicy. Mniej notoryczne stały się sytuacje, gdy trudno mi było rozmawiać o aktualnych gwiazdach, bo kompletnie ich nie znałem. No, ale wtedy ze świecą było szukać i tych, którzy kumali, kim jest taka Anna German. A ja wiedziałem i oniemiałem, gdy odkryłem ją wśród longplayów... u dziadków, parę lat wcześniej. Wiedziałem też dobrze, dzięki mojemu Tacie, jak brzmi Electric Light Orchestra, The Moody Blues, Alan Parsons Project. A dzisiaj sięgam po nich znowu i utwierdzam się w przekonaniu, że Tata świetnie wybrał.

Od dłuższego czasu sięgam w muzyce po spokój, stawiam jej zadanie wydobycia ze mnie energii, bądź podjęcia się mojej regeneracji, hyh. Nie szukam w niej opisu rzeczywistości, czy komentarza do niej. Stąd zapewne nie jestem fanem hip-hopu, czy offowego rocka (?). Absolutnie nie kwestionuję ich wartości - lirycznej, muzycznej. Słyszę, widzę, szanuję, ale się nie skomunikowuję, po prostu. 

Męczy mnie za to elektronika, choć to wbrew logice może, bo czerpią z niej łapczywie kontem-plujące: ambient, chillout, czy lounge. Odnajduję się w ich klimacie, ale dość powierzchownie - czysto no name, takie włącz-wyłącz, nie pamiętam. Jest inaczej, tzn. głębiej, pełniej, jeśli słyszę tu dobrze instrumenty tradycyjne. Zapewne w ich (nie)obecności tkwi sedno mojego odbioru.

Co z tego wszystkiego wyziera? Emeryt? Rencista? Wydaje mi się, że bez większych pretensji - ja. I tyle. Tymczasem sięgnąłem znowu po pomoc Jerzego Waldorffa. Opublikował w 1957 roku "Sekrety Polihymnii" - świetne kompendium wiedzy o muzyce; dla tych zwłaszcza, którzy edukacji muzycznej nie posmakowali, albo i jej dotknęli, ale w kiepskim wydaniu. Sięgam więc po egzemplarz Waldorffa - szczególny, bo podarowany mojemu ś.p. Dziadkowi Józefowi Hermanowi (przez kolegów ze Spółdzielni Pracy Instrumentarzy Muzycznych "Ton":) Był skrzypkiem. A jak z płyty słuchał Beethovena, to szło na cały regulator. Dawał czadu!

PS: Chętnym odkrycia talentu Anny German polecam 7 minut tutaj. I jeszcze jeden bonus poniżej:)

czwartek, 29 stycznia 2009, dziennikrozterek

Polecane wpisy

  • Blog pod nowym adresem

    Przeniosłem się na własne włości. Parę miesięcy temu zdecydowałem się reaktywować bloga po ponad rocznej pauzie. W tym czasie przeleciało sporo ciekawych temat

  • Wieści z frontu

    Kiedyś, podczas rodzinnego spotkania, Babcia Hanusia wyjęła z szafki pożółkłe papiery i pokazała nam plany domu. W teczce, obok zatwierdzonego przez bydgoski ma

  • Videoblog: Misja publiczna

    Ile jest warta misja publiczna? W takim np. internecie – przestrzeni realnego całkiem biznesu? Postanowiłem to zbadać. Wystarczy wejść na stronę pierwszeg

TrackBack
TrackBack URL wpisu:
Komentarze
Gość: : , *.hhgroup.com
2009/02/11 09:37:00
a polskie marsze wojskowe? :)
-
dziennikrozterek
2009/02/11 18:37:55
"Polskie marsze wojskowe są bardzo pięknymi marszami". Tych słów wypowiedzianych w poprzednim jeszcze tysiącleciu nie wypieram się, lecz zbieram argumenty na rozwinięcie tej tezy. Nie omieszkam ich przedstawić, gdy tylko postawię kropkę.
-
Gość: frida, *.wroclaw.mm.pl
2009/02/25 21:11:34
Ładny marsz wojskowy jest w tle "Wierszy wojennych" w wykonaniu Ewy Demarczyk. W ogóle to poruszająca interpretacja.

Creative Commons License
Treść tego bloga jest dostępna na: licencji Creative Commons: Uznanie autorstwa - Użycie niekomercyjne - Bez utworów zależnych 2.5 Polska.